PL / EN

TERLECKI ZJADŁ KWIATY

 

Bardzo, bardzo dawno temu płakałem słuchając kręcących się na „Bambinie” trzeszczących czarnych płyt. Skaldowie, Grechuta, Niemen, Demarczyk… Zamykałem się w swoim pokoju i patrzyłem przez szybę na czarny świat nocy. Pewien historyk sztuki, przyjaciel rodziców, pan Andrzej Tomaszewski z Warszawy, powiedział wtedy, że zna dwóch romantyków w Krakowie: Marka Grechutę i Pawła Zalewskiego. Zawstydziłem się, gdyż porównał mnie do idola. (Nie przyszłoby mi wtedy do głowy, że ćwierć wieku później, przyjdzie mi być nauczycielem syna Grechuty, Łukasza!) Pewnego dnia kolega pożyczył mi pocztówkę dźwiękową z piosenką Beatlesów „P.S. I Love You”. W środku utworu muzyka dziwnie odpływała, zwielokrotniała się echem, robiła się daleka i tajemnicza. Po prostu, pocztówka była w tym miejscu mocno zniszczona i dlatego dźwięk zanikał. Ale ja myślałem, że to taki celowy zabieg muzyczny. W tym oddaleniu dźwięków czułem daleki, nieosiągalny świat angielskich piosenek. Za nic nie mogłem się później przyzwyczaić do normalnej, w pełni dźwięcznej wersji tego utworu. Wydawała mi się płytka, dosłowna, zbyt dopracowana.

Działo się to wszystko w zgrzebnej epoce czarno białych telewizorów o solidnych okleinowych obudowach, niekształtnych samochodów: syrenki i warszawy, tramwajów z ręcznie zamykanymi drzwiami i składanym trapezem na dachu. Czerwony autobus z konduktorem usadowionym na tylnym fotelu, miał przystanek na Rynku Głównym. Po masło i papier toaletowy stało się w kolejkach, Czerwone Gitary nazywało polskimi Beatlesami, Joan Baez i Omara Portuondo występowały w Sopocie, Vondrackova kochała się w Sewerynie Krajewskim, a Kora nie była jeszcze piosenkarką. Była hippiską. Pewnego wieczoru w garsonierze mojego wujka przy ul. 18 Stycznia 92, a dokładnie w przedpokoju, Kora nauczyła mnie rysować człowieka, kreślić ludzką postać (to nie metafora). Jej towarzysz, znany w hippisowskich kręgach jako Pies (Ryszard Terlecki) wyrzucał z siebie w toalecie resztki narkotyków, a ona czuwała w przedpokoju, wciąż dopytując przez drzwi, czy jeszcze żyje. Solennie obiecała urządzić mi kiedyś wystawę pod Jaszczurami, a nieupilnowany Pies zjadł tymczasem w łazience bukiet kwiatów i poczuł się jeszcze gorzej. „Tu rozgłośnia polska radia Wolna Europa”, wołał potem z balkonu…

 

UWAGA FONOAMATORZY: TRZY, DWA, JEDEN, START!

 

Moje uzależnienie od muzyki rozpoczęło się niedługo później, w 1971 roku. Dostałem wtedy na imieniny magnetofon szpulowy ZK 125, a program III Polskiego Radia stawał się coraz popularniejszy i w niektóre dni tygodnia nadawał już niemal przez całą dobę. Audycje muzyczne (Kaczkowski, Mann, Adrjański, Kosiński, Gaszyński, Pograniczny, Michalski, Janiszewski, Olechowski, Rudnicka, Sznuk, Korman, Gieniewski, Szabłowska) były przepustką do świata zachodniej muzyki. Cykliczne programy (w tym, rewelacja, pierwsze audycje na żywo!), gromadzące przed radioodbiornikami miliony słuchaczy, były, obok pocztówek dźwiękowych, jedynym muzycznym oknem na świat. I można było nagrywać! Uwaga fonoamatorzy: trzy, dwa, jeden, start! Oto wybrane tytuły audycji z tamtego czasu: „Rytmostopem po kraju i świecie”, „Popołudnie z młodością”, „ Mój magnetofon z myszką”, „Gdzie jest przebój”, „Muzyczna poczta UKF”, „Biały klub czarnego krążka”. Brzmi egzotycznie?

Zaczynała się era błyszczącego glam rocka na koturnach (Glitter, Quatro, Sweet, Mud, Slade, Smokie, Showaddywaddy, T Rex – co ciekawe, dla większości z nich komponował ten sam tandem Chinn i Chapman), kariery robiły cudowne rozśpiewane dzieci (Osmonds, Jacksons, Zavaroni), świat pilnie śledził początki solowych karier ex-Beatlesów (ze znakiem zapytania czy muzyka bez Beatlesów w ogóle może istnieć i ze spekulacjami, czy Bitlesi jeszcze się kiedyś zejdą. Piotr Kaczkowski był i pozostaje do dziś bezapelacyjnie najlepszym polskim prezenterem. Jest kimś więcej niż DJ-em puszczającym płyty, więcej niż dziennikarzem muzycznym. Charakterystyczny głos, znakomity angielski (lingwistyka stosowana UW), niepowtarzalny klimat programów, tłumaczenia tekstów piosenek, poezja w audycjach pod księżycem, dowcip, kreatywność, inteligencja. Nie stał się jednak moim nauczycielem. Nie kupiłem jego gustu. Z miejsca odrzuciłem wielu spośród lansowanych przez niego wykonawców: Pink Floyd, Deep Purple, King Crimson, Budgie, Yes… Niestety, zagustowała w nich, nie mając dużego wyboru, większość słuchaczy. Dlatego do dziś trudno mi rozmawiać o muzyce tego okresu z rówieśnikami. Ich wychował Kaczkowski, mnie, w dużym stopniu, brytyjscy DJ-e.

W tych latach, sobotnią listę przebojów Studia Rytm w programie pierwszym, prowadził Piotr Kaczkowski; zastępowali go czasem Andrzej Turski lub Marek Gaszyński. Ale mnie opanowały przede wszystkim angielskie listy przebojów, gdzie można było usłyszeć wszystko, co Zachód nagrywał i wydawał, bez liczenia na łaskę i niełaskę polskich prezenterów, czy też, po prostu, na dostępność danego nagrania (Kaczkowski często zdobywał najnowsze krążki przez załogi polskich samolotów latających do Wielkiej Brytanii). Wiele zawdzięczam nocnej liście Radia Luxembourg, co tydzień pilnie spisywanej ze słuchu, przy wciąż zanikającej fali (MW 208), a także popołudniowej niedzielnej Top 20 słuchanej w BBC (przez co musiałem wychodzić z obiadu od babci przed deserem i gnać tramwajem nr 10 do domu). Nieprzespane noce przy radiu z zielonym, mrugającym okiem, z uchem przy głośniku! Słuchając brytyjskich programów i tłumacząc tytuły, czasem fragmenty tekstów, nauczyłem się sam angielskiego aż do poziomu pozwalającego na dojście do ogólnopolskiego finału szkolnej olimpiady i w rezultacie dostać się bez egzaminu na filologię angielską. (Ten wątek z wczesnych lat siedemdziesiątych posłużył mi do stworzenia postaci Kazka w „Ścianie”).

 

NIE PRZEGAPIĆ ŻADNEJ PIOSENKI!

 

Gdy zacząłem naprawdę dojrzewać, a wiec w latach osiemdziesiątych :), zwróciłem się w kierunku daleko odbiegającym od hitów modnego wówczas nurtu New Romantic. Doceniłem muzykę Smiths, Soft Cell, Cure, Genesis, Elvisa Costello, Jam, Moody Blues, Jon and Vangelis, Supertramp, Sting, Kate Bush, solowego Bryana Ferry, Maanamu, Obywatela G. C. Chyba już wtedy narodziło się we mnie przekonanie, że nie wolno mi przegapić ani jednej wartościowej płyty. Nadal byłem obecny przy radiu i magnetofonie, ściśle przestrzegając godzin ramówki audycji muzycznych Polskiego Radia.

W latach dziewięćdziesiątych w dalszym ciągu byłem na bieżąco z listami przebojów, szczerze podziwiając niektóre dokonania Brit Popu (Pulp, Suede, Travis, Lightning Seeds, Verve, Coldplay, Oasis), coraz niebezpieczniej eksperymentujących Davida Bowie, Steva Hacketta, Rogera Hodgsona). W większej mierze zająłem się jednak w tym czasie otwieraniem kolejnych prywatnych szkół i to pochłonęło mnie niemal całkowicie, muzykę spychając na dalszy plan.

W ostatnim dziesięcioleciu z pełnym oddaniem zanurzyłem się w solową karierę paru ciekawych wykonawców, przed wszystkim Morrisseya, Jarvisa Cockera, Richarda Ashcrofta. Poznałem, prawie nieznanego mi wcześniej, a tak ważnego dla świata Jeffa Buckleya. W tym czasie doceniłem też mniej komercyjne dokonania Dawida Bowie, Eltona Johna, Roxy Music, Steve Harleya, Micka Ronsona, Iana Huntera, Mott the Hoople , Harrissona, Marca Bolana, Genesis, Procol Harum zwłaszcza z ich pierwszych płyt z przełomu lat 60 i 70-tych, a także Ala Stewarta, Clifforda T Warda - prawie w Polsce nieznanych. Cofnąłem się więc niejako do wykonawców lat mojej wczesnej młodości, ale penetrując to drugie, głębsze dno ich twórczości, to którego dwadzieścia lat wcześniej wcale nie dostrzegałem. Stąd prosty wniosek – dopiero w wieku trzydziestu kilku lat osiągnąłem jako taką dojrzałość muzyczną.

Z najnowszych rzeczy anglojęzycznych słucham z niekłamanym podziwem supergrupy the Muse, z niecierpliwością wypatruję każdego nowego wydawnictwa Travis, Dawida Bowie i Morrisseya. Zachwycam się portugalskimi muzykami: Marizą i Davidem Fonsecą (ciekawe połączenie Bryana Ferry, Jeffa Buckleya, Bowiego i Morrisseya), znakomitym peruwiańskim zespołem Mar de Copas, arabską Fairuz. Nadal jestem przekonany, że nie wolno mi nie znać muzyki, która potencjalnie ma szansę mi się spodobać, gdziekolwiek w świecie nie byłaby wydana. Przesłuchuję godziny muzyki dziennie, niestrudzenie tropiąc nowe brzmienia. Ot, tak jak choćby ostatnio w Kairze odkryłem Abdela Halima Hafeza, Syryjkę Lenę Chamamyan, a w Porto nagrania Cla i Humanos. Kto o nich w Polsce słyszał?

 

ZŁAPAĆ CAŁY ŚWIAT!

 

W XXI stuleciu zarzuciliśmy kolorowy turystyczny Disneyland z obfitymi bufetami: Wyspy Kanaryjskie, Tunezję, Grecję, Marokko, Turcję, Cypr, czyli styl wyjazdów z plażą i konsumpcją all inclusive, plus rent a car na dwa dni, żeby zwiedzić strome górskie trasy. Zaczęliśmy z Asią podróżować do dalszych zakątków świata. Dla mnie kluczem do udanej wyprawy stało się samodzielne przygotowanie wyjazdu (trasy, hotele, przejazdy, przeloty) – wyłącznie przez internet oraz opracowanie muzyki danego kraju a priori (internet, Amazon, YouTube), tak by na miejscu zająć się już tylko szukaniem nagrań. Czasem są to płyty ze sklepów lub straganów, częściej jednak mp3, gdyż, na przykład Sri Lance czy w Egipcie, nie zawsze można kupić wydawnictwa CD. Za to nielegalne nośniki rozpanoszyły się tam na dobre.

Ostatni pobyt w Kairze niespodziewanie zaowocował tysiącami minut przywleczonej do domu muzyki (typowa piosenka Oum Koulsoum trwa ponad 60 minut!), ze szczególnym wskazaniem na Abdela Halima Hafeza i Fairuz. W Peru na brudnych straganach rozłożonych w bramach kupiłem klasykę tego kraju jak: Lucha Reyes, Yma Sumac, Susana Baca, Chabuca Granda, Pastorita Huarancina, Chacalon, ale też wspaniały współczesny portugalski rock (Mar de Copas, Libido, TK, Zen i rock… po keczuańsku – Uchpa). Zainteresowanie folklorem łączę więc z najnowszymi nurtami muzyki tych krajów, często wzorowanymi na trendach europejskich. Stąd obok portugalskiego fado (klasyczne – Amalia Rodriguez i Carlos do Carmo, i unowocześnione: Mariza, Katia Guerreiro, Christina Branco, Madredeus, Misia), wspaniałe płyty Dawida Fonseci, grupy Cla, Perfume czy Ornatos Violeta. Podobnie, z Kuby przywiozłem nie tylko standardy z przedrewolucyjnej ery (Beny More, Raul Planas), ale przede wszystkim to, co zostało zapoczątkowane przez Coodera Z Word Circuit – brzmienie stworzone dla potrzeb płyty pod nazwą Buena Vista Social Club. Z tego nurtu chyba najbardziej cenię sobie ostatnią, nagraną tuż przed śmiercią płytę Ibrahima Ferrera oraz solowe nagrania Omary Portuondo. Po kubański współczesny rock będę musiał wrócić za rok lub dwa, kilka lat temu nie zdążyłem go „przerobić”. Niech się tymczasem rozwija, żebym miał z czego wybierać. A Azja? Sri Lanka to z kolei wspaniały klimat specyficznych pieśni Nandy Malini i Panditha Amaradevy, Victora Ratnayake. Nagrania w zasadzie niedostępne. Zdobyte cudem – z komputera laboranta w punkcie foto, gdzie przegrywałem zdjęcia z kart pamięci na dvd (przy okazji wspomniałem, jakiej muzyki bezskutecznie poszukuję). Te piosenki z laboratorium fotograficznego w Katutharze, natrętnie słuchane po powrocie do domu, „przedłużyły” nasz duchowy pobyt na Cejlonie o kilka dobrych tygodni.

I tak, po długim okresie fascynacji rockiem brytyjskim, od paru lat słucham właściwie wyłącznie muzyki innych krajów, odnotowując jedynie, jakby z obowiązku, nowe albumy kilkunastu ulubionych angielskich wykonawców. Niedługo kolejne eksploracje dalekich stron i ich muzyki: Tajlandia, Meksyk, Indie, Chile, Hiszpania, Wyspy Zielonego Przylądka i znów dziesiątki płyt, przesłuchiwanych, przegrywanych, kompilowanych po kilka razy, dla uzyskania najlepszego efektu. Muzyka, na szczęście, nigdy się nie skończy. 

Aktualizacja z wrzesnia 2013: słucham prawie wyłacznie Chopina (zwłaszcza na instrumentach  z epoki), Skriabina i Rachmaninova. A także Woodkid, Grizzly Bears, Cat Power, Jake Bugg.... Dużo, dużo. Cały czas. Muzyka płoszy złe myśli!
 

Już w sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie «