PL / EN

Podróżowałem. Podróżowaliśmy oboje. Nadal podróżujemy. Ja i Asia. Jak podróżuję? Jako kolekcjoner ekstremalnych przeżyć i  bliskich spotkań z odmiennymi kulturami, naigrawam się z zorganizowanej, objazdowej, okrojonej wersji oglądania świata. Nasze wyprawy są w pełni niezależne, zindywidualizowane, skrojone dla nas przez nas samych, kierują nas tam, gdzie chcemy, nie są rozkładem jazdy. Drogę wytyczamy sobie pobieżnie, ramy czasowe są elastyczne. Korygujemy bieg trasy z dnia na dzień. My nie oglądamy szyby ani nawet tego, co za szybą – kontaktujemy się z tym, co widać bez szyby, i jesteśmy z tym sam na sam tak długo, jak trzeba. Kula ziemska z rozpiętym zamkiem błyskawicznym. Wszystko wysypuje się na ekran monitora. Współczesna internetowa arogancja. Znamy, ja i Asia, drogi. Droga jest tam, gdzie decydujemy się iść. Nie idziemy tam, gdzie jest droga. Dlatego słabo rozumiem klientów biur turystycznych i ich motywy. Świat stoi dla mnie otworem. Zaprasza.

Podróżuję swobodnie, a czasem ekstremalnie: w pięknym Waranasi prześladowany przez miejscowy gang, w Tajlandii pogryziony przez psy, w Peru zarażony amebą. Na Kubie oszukałem stróżów prawa, składając (po rosyjsku) fałszywe zeznania; z kolei mnie naciągnęli tam autostradowi oszuści. W poszukiwaniu śladów po swoim dziadku-zesłańcu wybrałem się zimą na daleki Sybir , a rok później na mongolski step, gdzie (prawie wegetarianin) musiałem jeść upieczonego na ogniu świstaka. W Tunezji byliśmy uroczyście podejmowani wystawnym obiadem w domu byłego ministra finansów, w Kairze piliśmy słodką herbatę na płycie antycznego nagrobka, goszczeni przez sześcioosobową rodzinę od lat zamieszkałą na cmentarzu. Na Cejlonie uczestniczyliśmy w lankijskich zaręczynach. W Rumunii sam upiłem w ciągu długiej nocy wszystkich mężczyzn z biednej transylwańskiej wioski.

Smak życia przypełza do mnie, gdy jestem daleko od Krakowa, kiedy przemierzamy odległe kontynenty bądź zwiedzamy krańce Europy. To tam, tysiące kilometrów stąd, w beztroskiej próżni, skreśliłem pierwsze zdania pierwszej książki. Adrenalina przemieszana z lękiem to treściwa zaprawa, to żyzny grunt dla tworzenia. Do głowy cisną się pomysły, wyświetlają na podpatrzonym egzotycznym tle, znakomicie wkomponowywały w nastrój podróży, z których każda miała być… ostatnia. Skrzętnie zapisywałem te myśli, nierzadko okupując kafejki internetowe, w których notorycznie wyłączano prąd, a klawiaturę trzeba było przełączać na alfabet łaciński. Z wypraw przywoziłem zapełnione pendrive’y, ale i stosy notatek, zeszycików, karteluszków, bibułkowych serwetek z nagryzmolonymi na nich słowami i zdaniami. Po powrocie do domu przelewałem wszystko na ekran laptopa, dopieszczałem.

Podobnie dzieje się z materiałem utrwalonym w pamięci aparatu. Kilkadziesiąt gigabajtów z każdej wyprawy. Selekcjonowanie najlepszych obrazów – na bieżąco. Codzienne oczyszczanie płytek. Kasowanie jak aborcja – by zrobić miejsce następnym ujęciom, by zredukować przesyt obrazów. Kolejnego dnia kolejne sito. Przez durszlak przelatują kadry mniej doskonałe, zostaje odcedzona najsmakowitsza porcja. Potem te zdjęcia, zaklęte w cyfrowej pamięci, spędzają dziesięć godzin w samolocie i  zmęczone zasypiają na blacie krakowskiego stołu. Wtedy zaczyna się najbardziej żmudna praca. Sortowanie, wybieranie, porównywanie – kondensowanie kilkunastu tysięcy ujęć do jednego tysiąca, później do pięciuset najlepszych zdjęć, potem ścisła pula dwustu, by z nich ułożyć kompozycje współgrające ze sobą tematycznie i artystycznie, by dopasować kolorem, światłem, tonem, dynamiką, pionem, poziomem i takimi kryteriami, których nie da się zdefiniować, a nawet uchwycić, bo są osobiste i eteryczne – unoszą się, błądzą, szukają swojego ciała. Decyzje przycupnięte skrycie w zakamarkach myśli. Tak narodził się album „Gdzie śmierć nie sięga”(wyd. Astra, 2013), a z niego wykluł się pomysł wystawy „Inni” (3-24 października 2013, Galeria ZPAP “Pryzmat”).

Przymus pisania, jako sposób na osobistą zapaść i znikanie, nazywa się bodaj logofilią. Jak wobec tego nazwać kompulsję szukania tematów do zdjęć, utrwalania w pamięci aparatu tysięcy obrazów: twarzy, przedmiotów, scen z udziałem ludzi różnych wyznań, o innych światopoglądach czy odcieniach skóry? Aparat szybki jak migawka oka. Zdjęcia robione pospiesznie, bez chwili wahania, ledwie wycelowane, strzelane na wyczucie, sterowane emocjami, bez przymierzania się do tematu. To też swoiste łapanie świata. Tarcza strzelnicza pojawiała się ad hoc, tam, gdzie właśnie zagrała paleta świateł, gdzie uwagę przykuło wygięcie ciała, jakaś artystyczna zbieżność paru elementów: coś bardzo równego i gładkiego lub asymetryczny obraz, spokój bez jednego drgnięcia i podmuchu albo coś bardzo nie na miejscu, pociągająca anomalia sytuacji. Czasem zdawało mi się, że to ja obiektywem malowałem te sceny, a raczej, że one same wydobywały się z pustki, wyłaniały na widok rozpaczliwie szukającego aparatu, skakały mi do oczu.

Nasze zdjęcia są osobiste i niezależne – nie są malowane pod niczyje dyktando, tematyką nie odpowiadają na określone zapotrzebowanie społeczne, nie muszą się solidaryzować z żadną grupą odbiorców. Nie mają za zadanie informować, pouczać, służyć jako przewodnik ani zbiór pocztówek. Patrzę, oceniam i utrwalam. Pokazywanego świata nie definiuję, nie obciążam się misją, nie zważam na współczesne trendy i powinności, nie stosuję komputerowych technik graficznych, nie ulegam modzie black and white – słucham wyłącznie własnej intuicji. Nie próbuję przypodobać się nikomu, a przede wszystkim wydawnictwom o specyficznych oczekiwaniach. Nie deklaruję określonej tematyki społecznej, bo nie przynależę do wojujących organizacji ekologicznych ani do ruchu broniącego maltretowanych zwierząt, nie obracam się w internetowych kręgach pretendujących do artystyczno-fotograficznych, nie zapisałem się do żadnego kółka turystycznego, do koła przyjaciół czy wrogów kultury Wschodu ani do klubu blogujących podróżników. Kontaktuję się tylko ze swoim światem wewnętrznym. Jestem samotnym autorem tekstów i zdjęć, broniącym szańców usypanych z własnych emocji. Nie jestem towarzyski ani stowarzyszający się. W tym fakcie można zapewne dostrzec jakąś szlachetną wartość, ale postawa wyalienowanego twórcy niesie też ze sobą wyraźne niedogodności, gdyż usiłując wydać książkę bądź album zdjęć, nie mam się do czego ani do kogo przykleić. Startuję indywidualnie, bez zaplecza. Nie mam u kogo załatwiać sobie publikacji. Moje teksty i fotografie muszą zatem walczyć o siebie same.

Czym więc są ten album? Każdy obrazy odczyta sobie sam. Łatwiej będzie napisać, czym nie są. Pominąłem celowo wszystkie pocztówkowe widoki, nieskazitelne nieba, złociste plaże i zabytki architektury spod znaku UNESCO. Są ograne i  dlatego… nieciekawe. Konsekwentnie unikałem stereotypowych podpisów – zostawiłem miejsce dla domysłów i wyobraźni. Zamierzałem wygenerować zbiór, w którym zdjęcia mówią same, bez użycia słów.

Nie tylko chory błędnik ogranicza moje apetyty. Wznoszenie się ponad ziemię, a potem zamieszkanie choć na chwilę w tajemniczej dali, miałoby w sobie sporą dawkę adrenaliny, zapewniłoby poczucie odroczenia. I wiarę w darowanie,w nieśmiertelność. Bo czyż można umrzeć na raka w kosmosie? To się bodaj nigdy nie zdarzyło! Obca planeta. Tak, chciałbym przeżyć taką ekscytację. Obawiam się jednak, że tam zabrakłoby mi najważniejszego – ludzi, tego, jacy są, jak wyglądają i jak żyją.

Bowiem ja swiat oglądam przede wszystkim dla jego żyjących elementów: ludzi, zwierząt i roślin, dla homo sapiens i ich zróżnicowanego otoczenia, nie dla statycznych obrazów, nie dla wykopalisk archeologicznych, zabytkowych budynków czy muzeów dokumentujących czas przeszły. Przeszłość odpłynęła bezpowrotnie wraz z ludźmi, którzy w niej istnieli. Mnie interesuje tu i teraz. I do przodu, na tyle, na ile się da. Moje pragnienie jest łatwo definiowalne – ujrzeć świat, w którym żyję, dopóki żyję. Są zakątki świata, które buzują życiem, tętnią krwią, pociągają chaosem codzienności. Nachapać się, nawciągać tego świata. Podróże to pasja mojego życia, album z fotografiami to udokumentowanie tej pasji, a wystawa to ta sama koncepcja, ale w pigułce. Tym ma być.

Na ile jest to dzieło sztuki? Na tyle, na ile ja mam w sobie siebie? – chęci kreowania, potencjału tworzenia, wysublimowanego smaku, i na tyle, na ile starcza mi wrażliwości. Hm. Jestem synestetykiem, więc świat odbieram barwami, kształtami, zapachami, które przenikają się w mojej głowie jak w tyglu, myląc zmysły, łącząc je w jeden kanał percepcji. Dlatego już dawno mózg uzależnił mnie od muzyki, określonych zestawień kolorów, pewnych potraw, miejsc. Wychowałem się w domu, który pachniał farbą olejną i zagruntowanymi płótnami, mylił nadrealistyczne kształty, plątał kolory, w domu, który nauczył mnie delektować się formą i niekoniecznie doszukiwać się w niej głębokiego przesłania. Pewnie dlatego pomijam bezbarwność i stereotypy. Za to dostrzegam porowatą powierzchnię życia. Wyławiam dźwięki, których inni nie chcą słyszeć. Fascynuje mnie brudna strona ludzkiej egzystencji. No właśnie, moje fotografie mają pewne skrzywienie. Ktoś nazwał mnie kiedyś fotografem biedy, smakoszem koloru, wyławiaczem surrealizmu, artystą z astralnego namaszczenia. Mam nadzieję, że moje zdjęcia, te w albumie i te na wystawie, są surowe i brudne. Używam najprostszego aparatu cyfrowego zafiksowanego na funkcję inteligentnego automatu. Tam nic się nie ustawia. Potrzebna jest sekunda na skierowanie obiektywu i naciśnięcie spustu. Nie ma czasu i miejsca na triki. Więcej wyczarowanego przypadku niż pedantycznej aranżacji. Więcej sztuki niż techniki.

Na ile jest to dzieło plastyczne, a na ile próba oddania jakiejś treści? Jak ma się forma, wrażenie zawarte w fotografii do jej przekazu? Jestem przekonany, że obraz ma dostarczać przeżyć estetycznych, a nie przekazywać jakąś nadrzędną treść. Kolor, kształt, nastrój są dużo istotniejsze niż to, co „autor chciał powiedzieć”. Być może nic specjalnego nie chciał powiedzieć, chciał pokazać połamanych ludzi na plugawym tle. Intuicja, emocje, wrażenia. Obraz ma uderzyć: wprawić widza w ostry stan emocjonalny, oszołomić swoją formą. Bez przeuczenia i przeintelektualizowania – to moja dewiza. Ktoś z moich znajomych narzeka na brak odniesień do „kultury wyższej”, rozumiem, że wyższej niż kultura sikania na ulicy czy spania na peronie w Indiach albo wystawiania się na sprzedaż w klubie go-go w Bangkoku. Słusznie, odwołania do kultury wyższej zostały pominięte. Celowo, z poczuciem zrzucania z materiału zdjęciowego ołowianego balastu. Niemal żadnego użytku nie zrobiłem z wielu fotografii przedstawiających turystyczne cuda i  cudeńka: słynne świątynie, piramidy ze sfinksem, Taj Mahal, Machu Picchu, królewskie grobowce w Marakeszu, muzea z mumiami, zlecone przez samego Castro malowidło naskalne Mural de la Prehistoria w Vinales, Kapitol i legendarny Malecón w Hawanie, Sigiriję na Sri Lance, itp. To wszystko lub prawie wszystko wyrzucaliśmy, zarówno ja, jak i moi artystyczni cenzorzy i z albumu i z tej wystawy. Ja – buntownik, a nawet turpista, na tę „brzydotę”, która mnie uwodzi, bo jest najczystsza i najprawdziwsza, stawiałem, i to ten zwykły „ich świat” (tak żyje i wygląda większość mieszkańców Trzeciego Świata) chciałem pokazać. Te prace maja opowiadać o zwykłych ludziach w ich współczesnym otoczeniu, nie o zabytkach i dziedzictwie kulturowym.

Podróże to także rodzaj nieuleczalnej choroby, łatwo zaraźliwej, trudno uleczalnej. Bo wędrując po świecie, można pozornie oddalić się od siebie samego, przegonić własne myśli. I poznać ich – innych, odmiennych, niepodobnych, zawsze wprawiających Europejczyka w zdumienie.



Paweł Daniel Zalewski