PL / EN

 

Stanisław Chyczyński
  

NIE PYTAJCIE MNIE O ZDANIE
  

             Ostatnimi czasy, jak przysłowiowe grzyby po deszczu, mnożą się różne almanachy i antologie poetyckie i prozatorskie: erotyczne, egzotyczne, ezoteryczne etc. Tym razem na warsztat wzięto temat pozornie zwietrzały, archaiczny, niemodny – patriotyzm. Bardzo dobrze się stało, ponieważ jest to zagadnienie nadal żywe dla milionów Polaków. Jest to problemat wciąż nurtujący niektóre środowiska społeczne (nie tylko te związane z Kościołem). Wiadomo: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd…”, dlatego samo przewodnie pojęcie może być przeróżnie rozumiane, w zależności od (doraźnych lub perspektywicznych) interesów danego środowiska, danego ugrupowania politycznego, danej koterii czy nawet danej generacji. Antologia ukazująca diametralnie różne opcje, a więc nie tworząca ideologicznego monolitu, mogłaby stanowić wielce interesujące opracowanie. Rzecz jasna – pod pewnymi warunkami (np. wyrównanego poziomu artystycznego). Zatem, kiedy zobaczyłem książkę pt. „Nie pytaj o Polskę”, autentycznie się ucieszyłem, że może być ciekawie. Zaniepokoił mnie dobór autorów, ale szybko przywołałem siebie do porządku – przecież jedno nie wyklucza drugiego. Po chwili wahania (trwającej niejeden tydzień) przystąpiłem do metodycznej konsumpcji.
      Moje wrażenia po lekturze z konieczności są subiektywne, moje opinie krytyczne są również subiektywne, moje oceny poszczególnych tekstów nie pretendują do werdyktów obiektywnych z tej prostej przyczyny, że w tej dziedzinie żaden obiektywizm nie istnieje. Mam tutaj na myśli nobliwy i postulowany obiektywizm, do którego od wieków wzdychają filozofowie, na który liczą naiwni (czytaj: niedoświadczeni) uczestnicy konkursów artystycznych, o którym namiętnie dysputują młodzi adepci humanistyki. Moje oceny zostały zdeterminowane przez indywidualny gust, przez doświadczenie czytelnicze, przez (nie)znajomość tajników literatury (prof. Maria Gołaszewska nazywa to estetycznym a priori) oraz przez szereg imponderabiliów nad którymi nie warto się teraz rozczulać. Oto mój niewybredny komentarz do wszystkich opowiadań, według kolejności w spisie treści. 
                       Sylwia Chutnik „Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych”
      Opowiadanie słabe pod względem literackim, odwołujące się do płytkiej i prymitywnej, ale popularnej w pewnych kręgach (np. anarcho-pacyfistycznych) argumentacji. Jeżeli dla kogoś Bóg, honor, ojczyzna przestały być wartościami, stając się zaledwie cechami (sic! por. s. 12), to jego aksjologiczny, wtórny (?) analfabetyzm jest aż nadto widoczny. Z karykaturalnie przejaskrawionych poglądów wynika, że dzisiaj nasz patriotyzm to zło wcielone i choroba. Rzecz jasna, gdyby nie było całego Legionu głupców (żołnierzy, powstańców, ochotników), którzy drzewiej myśleli inaczej, dzisiaj autorka nie mogłaby pisać po polsku. Ale może, jak młodociany bohater opowieści „Jedenasty listopada”, byłaby tym faktem nad wyraz uradowana…
      Jest to parodia, której patronuje wielki Gombrowicz. Jako parodia ma swoje prawa, stąd te wydumane, sztuczne, nieprawdopodobne perory klasowe, zarówno uczniów, jak i nauczycielki. W taki sposób, za pomocą tanich chwytów, wszystko można ośmieszyć, a już szczególnie tak delikatną i skomplikowaną sprawę. Niektórzy sądzą, że jest to rozbudowany przykład, jak nie powinno się pojmować patriotyzmu. Ja uważam, że jest to przykład, jak nie powinno się pisać o patriotyzmie. Na marginesie dodam, że spolszczony zapis „Ałszwic” wprawił mnie w osłupienie – wszak zdaje się sugerować, iż jednak był to „polski obóz zagłady”! „Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych” to już od progu zimny prysznic, po którym traci się ochotę na dalszy kontakt z wodą. (Zniechęcony odłożyłem książkę na kolejny tydzień). 
                                             Teresa Pietruska-Mrożek „Małgosia”
      Dobre opowiadanie, które działa trochę jak pożądane i potrzebne antidotum na satyryczną jadowitość poprzedniej historyjki. Naturalne, realistyczne dialogi, język prosty, brak nachalności w argumentacji. Niełatwy temat miłości do Ojczyzny został umiejętnie przedstawiony bez niezdrowego radykalizmu. Krakowskie klimaty. Norwegia – jakże aktualny problem emigracji z powodów ekonomicznych. Narracja od początku oparta na konwersacji jest pomysłem podnoszącym atrakcyjność gawędy. Skrótowo podany epilog jeszcze bardziej dynamizuje kompozycję. Opowiadanie może być wzorem, w jaki sposób powinno się kulturalnie debatować o tradycyjnych i naprawdę trudnych problemach. Brawo! 
                                             Piotr Rowicki „4 czerwca 1989 r.”
      Codzienna historia opowiedziana w sposób klasyczny, czyli bez zbędnego ponowoczesnego wydziwiania. Całe zdarzenie – jako specyficzne curiosum – wszelako trochę trąci papierowym konceptem. Oto aktywni małżonkowie, nie marnując czasu, spółkują nawet podczas telewizyjnej transmisji z obrad Plenum KC. Kochają się również w czasie feralnego i pamiętnego wystąpienia generała 13 grudnia 1981 r. Realia stanu wojennego odmalowane powściągliwie, może trochę ascetycznie? Nienasyceni partnerzy znajdują w takiej aurze jakąś pseudoperwersyjną przyjemność. Uprawianie seksu cementuje związek małżeński (banał). Aż przychodzi godzina, kiedy aktorka Joanna Szczepkowska, na początku Dziennika TV, ogłasza upadek komunizmu w kraju. Oświadczenie to, niestety, skutkuje zejściem śmiertelnym (zabójcza euforia!) pana domu, podczas wiadomego figlowania (przepraszam, raczej – przy kolacji, por. s. 39). Przez dwa miesiące pani domu przechowuje zwłoki w łożu małżeńskim. Zdziwionym milicjantom (sąsiadka zadenuncjowała) tłumaczy: „Chciałam (…) Żeby chociaż trochę pożył w tej wolnej Polsce. Tak mocno ją kochał, tak mocno” (s. 40). On był patriotą. Na ile jest to wszystko psychologicznie wiarygodne, a na ile pasuje do teatru Sławomira Mrożka, niech każdy czytelnik oceni sam. 
                            Beata Rudzińska „Mężczyźni, mężczyźni, kobiety, kobiety”
      Kontrowersyjna opowieść, zgrabnie skrojona pod względem literackim. Patriotyczny wątek pokazany nie wprost, w sposób zapośredniczony, i posadzony jakby na marginesie. Deus ex machina: Motyw tatrzański. Rozsypanie spopielonych ludzkich prochów na Świnicy (2301 m n.p.m.) – to chyba najbardziej wzruszający moment (o sobie mówię).
Temat główny – ewidentnie koniunkturalny, modny, nowoczesny, ba! progresywny: zapowiadający istotne zmiany w obyczajowości polskiej. Strona propagandowa zgodna z poprawnością polityczną – tym razem pod hasłem „Homofobia da się leczyć!”. Kontrast scen przed blokiem i w noc wigilijną przed kościołem bardzo wymowny, transparentny, modelowy, wręcz – agitacyjny. Mało przekonująca próba zilustrowania arbitralnej tezy. W domyśle: oto tradycyjna rodzina – źródłem zła społecznego (nietolerancji, wrogości, samolubstwa etc.), zaś subtelność, uczynność, empatia to domena związków homoseksualnych. Przyszłość społeczeństwa została już zdeterminowana: „Podnieś rączkę Boże Dziecię, / Błogosław Ojczyznę miłą!” (s. 58). Pozostawiam to bez komentarza. 
                                    Izabela Sowa „Całkiem inna niedziela”
      Stary, cykliczny, ponadczasowy dylemat: Pójść czy nie pójść na wybory? Jakiego kandydata wybrać? Co można realnie zmienić „jednym marnym głosem” (s. 68)? Święty obywatelski obowiązek – do spełnienia w świąteczny dzień.
      Całkiem inny casus: polityka widziana oczami przygnębionego samotnością transwestyty, któremu nie udało się do końca (operacyjnie) zmienić płci i ułożyć sobie na nowo życia (zdarza się, jak to zwykł mawiać K. Vonnegut). Stylistycznie poprawny, artystycznie oszczędny – monolog. Nie budzi kontrowersji (raczej litość dla biednej duszyczki), nie prowokuje sprzeciwów, nie generuje zaskakujących a niespodziewanych zachwytów. Relacja stanowi wykładnię konkretnego punktu widzenia, jaki staje się rażąco niekonkretny. Oto Lucyna doskonale wie, jak się „tautologicznie” wystroić, ale pojęcia nie ma, na kogo zagłosować. Typowe rozterki niejednej rodaczki. Można w tym zobaczyć swoisty dokument świadomości okresu przemian. Wątek bogoojczyźniany – nienachalny, nieprzejaskrawiony, nieprzegadany. Akuratność to wyraźna zaleta. 
                                   Agnieszka Drotkiewicz „Makowiec od Bliklego”
      Literacka akwarelka, namalowana po mistrzowsku. Narracyjny trick rodem z Marcela Prousta „W poszukiwaniu straconego czasu”. Tutaj w roli słynnej magdalenki tytułowy makowiec. Motyw niechcianej nostalgii przedstawiony na marginesie wątku głównego – emigracji z powodów zarobkowych. Włoskie realia oddane z dużym znawstwem. Szkoda, że do głosu doszedł wyraźny akcent feministyczny: „Zabiera ze sobą Monikę, bo nie chciała jej oddać do żłobka, mama pracuje, a ojciec Moniki nie uczestniczy w ich życiu. I dobrze, bo gdyby uczestniczył – wtedy dopiero mogłoby być niedobrze” (s. 73). Różnie można interpretować tę wypowiedź, ale to „gdyby uczestniczył” brzmi jak podejrzana generalizacja. Przejaw nowoczesnego, postępowego, ideologicznego myślenia, które zapewne in futuro dogłębnie przeobrazi postawy społeczne Polaków. A szkoda.
                                       Natalia Bobrowska „Bojaźń i lżenie”
      Opowieść napisana inteligentnie i dowcipnie, ze swadą i z pazurem. Sam tytuł jest wyśmienitą aluzją do sławnego dzieła S. Kierkegaarda. Środowisko polskiej inteligencji ukazane w zderzeniu z mentalnością ludzi Zachodu. Obowiązkowa szczęśliwość Anglosasów contra ponuractwo Polaków. Zachłyśnięcie się wolnością i lżenie własnego gniazda. Aluzja do słynnego wyznania Andrzeja Bursy: „Mam w dupie małe miasteczka” (por. tutaj s. 79 i s. 85). Obcesowa szczerość maskuje niekiedy sekretne słabostki. Tym razem to predylekcja do alkoholu. Pijaństwo jako główna i śmieszna nasza wada narodowa (łatwo ją wyszydzić). 
      Całość zdaje się korespondować (pod względem problemowym) z komedią filmową „Szczęśliwego Nowego Jorku” Edwarda Redlińskiego. Skądinąd przypomina niektóre opowiadania Stefana Pastuszewskiego, ale jest bardziej dopracowana i „doprasowana”. W sążnistej «anegdocie» Bobrowskiej dostrzegam satyrę na „wysoką” kulturę naszych elit intelektualnych. Obycie, które w sytuacjach ważnych jednakże się nie sprawdza: „Wyszło tak jak zawsze, ale nic to. Kielce to też ładne miasto” (s. 88). Pieprzna potrawka dla smakoszów. 
                                        Edyta Szałek „Vandemman Park”
      Romantyczna opowieść o dobrodziejstwie rewolucji seksualnej (przygoda głównego bohatera z Finką Lemmiki w hostelu). Później – o dojrzałej miłości polsko-norweskiej (wspomnianego Rysiardo i Bjørg). Z dyskretnie wplecionym wątkiem patriotycznym: „Tu, za granicą, brakowało mu czasami drobnych elementów polskiej rzeczywistości” (s. 111). Norwegia po raz drugi – tym razem „jako kraj rzemieślników”.
      Opowiadanie przypomina małe prozy Marka Hłaski, tyle że jest bardziej werystyczne, czyli… wulgarne. Dla kochającego syna ojciec to „zabawny skurwysyn” (s. 99/100). O tempora, o mores! Żyjemy w okresie, w którym młodzi albo nie rozumieją znaczenia słów, albo te znaczenia poddają dziwnym przeobrażeniom. Rzuca to pewien niepokojący (sic!) cień na szlachetną postawę Ryszarda, który potrafił zakochać się w dziewczynie po mastektomii. Ale nie czepiajmy się drobiazgów. Nostalgia do kraju partaczy i hochsztaplerów – może to dobre ziarno?…
      Autorka wzorowo panuje nad rozwojem fabuły i umie wykreować przekonującą postać bohatera. Nasz młody emigrant sukcesywnie zyskuje sympatię czytelnika. Brawa za warsztat!
                                                 Paweł Majka „Stół”
       Ekskluzywny świat telewizji widziany od kuchni. Opowieść ukazuje motywacyjny klincz, czyli sytuację patową pomiędzy wydawcą, producentem, konsultantką a bohaterem cyklicznego programu; starcem, który upiera się przy zapamiętanej wersji wydarzenia. Autor obnaża cyniczne manipulacje prawdą historyczną w imię bieżących interesów sponsora projektu (moda na feng shui). Subtelny wątek patriotyczny sprowadza się właśnie do tego problemu. 
       Po lekturze człowiek traci ochotę na skorzystanie z ewentualnego zaproszenia do studia TV. Oto bowiem twórcy programów kulturalnych lub dokumentalnych sami nie grzeszą kulturą osobistą tudzież szacunkiem dla dokumentu jako świadectwa. Również nie podchodzą do własnej pracy z autentyczną pasją. Kultura wysoka traci swój prestiż z niskich pobudek. Nie tylko specom od telewizji i radiofonii dedykuję przenikliwą diagnozę sprzed stu lat: „Należymy do czasów, w których kulturze grozi, że zginie od środków kultury” (F. Nietzsche). 
                                       Szymon Wigienka „Jedenasty listopada”
      Paszkwil na polskość, wyrażaną w formie szkolnych akademii z okazji Narodowego Święta Niepodległości. Zarzut podstawowy: rodacy nie umieją celebrować patriotyzmu w sposób atrakcyjny dla młodzieży, w sposób ludyczny (jak w Stanach Zjednoczonych), w sposób wielkoświatowy. Czyżby nas było stać wyłącznie na kiczowaty i komiczny patos? Stąd rodzi się młodzieńczy i ozdrowieńczy(?) bunt: „Miałem ochotę zapalić podczas szkolnego apelu na cześć odzyskania niepodległości i pokazać tym samym, że ojczyznę mam głęboko w dupie” (s. 140). Gęsty duch kosmopolitycznego wygodnictwa unosi się nad tymi stronami. Patronem takiego spojrzenia jest niewątpliwie geniusz narodowy W. Gombrowicz. Ale w prozie Szymona Wigienki pobrzmiewają również echa „Zmór”, więc Emil Zegadłowicz też byłby z niego zadowolony.
      Nie wiedzieć, czy autor celowo PROWOKUJE naszą anachroniczną, stereotypową, egzaltowaną wyobraźnię, czy implicite neguje potrzebę umiłowania ojczyzny w ogóle. Inaczej mówiąc, czy młody pisarz tylko stawia pytanie, czy w sposób zakamuflowany podsuwa nam gotową odpowiedź? 
                                                Grażyna Plebanek „Bohater”
      Opowiadanie napisane na tradycyjną modłę, więc bez zbędnych postmodernistycznych udziwnień (czyli eksperymentów narracyjnych). Kryje się za nim świetne pióro. Historia Ryszarda Wrony i jego wnuka jest niezwykle interesująca, przykuwa uwagę od pierwszych zdań, generuje ciekawość – jak naprawdę wyglądała śmierć tytułowego bohatera oraz jak dalej potoczą się losy Marka Wrony.
      Autorka znakomicie pokazuje manipulację faktami (historycznymi) w zależności od obowiązujących poglądów lub aktualnej koniunktury. Finał opowieści po mistrzowsku obmyślony i zrealizowany (sklamrowanie wątku za pomocą motywu z żółtym psem, który uniknął obowiązkowych szczepień przeciwko wściekliźnie). Z pewnością jest to jedno z najlepszych opowiadań w tej zróżnicowanej antologii. 
                                                Marta Łosiak „Swojszczyzna”
      Bardzo urocza nowelka z morałem, utrzymana w klimacie genialnych obrazów Jerzego Dudy-Gracza. Świetnie odmalowana wielkomiejska i wielkoświatowa poza – nasz swojski snobizm. Narracja wartka, dowcipna, momentami drapieżna. Skrajny krytycyzm: „Kielecczyzna to anus mundi w każdym wymiarze” (s. 168). W finale kapitalnie pokazana przemiana postawy „od” na postawę „do”. (Wyznam szczerze: sam to kiedyś przeżyłem). Stary przedmiot ujrzeć w nowym świetle, to dopiero jest fart! Przewartościowanie mentalnego, kretyńskiego krytykanctwa: „To dobrze, że wszyscy Polacy pochodzą z Kieleckiego. Nie byłoby źle, gdyby Bóg też pochodził spod Kielc” (s. 181). A więc tryumf małej ojczyzny nad szarżującą globalizacją. Przypomina się nasz sławny globtroter Edward Stachura, który po licznych wojażach osiadł w Polsce (aczkolwiek w końcu wybrał zaświaty…). Pod koniec opowiadanie trochę przypomina nietypowy folder reklamowy. Pani Łosiak doskonale wie, jak się przyrządza smakowity specjał literacki. „Swojszczyzna” jest (na razie) moim faworytem na pierwsze miejsce w tym „konkursie”. 
                                              Sławomir Shuty „Konstrukcja”
       Skandalizująca bogini nowomodnej, ponowoczesnej antysztuki, Manuela Gretkowska, unosi się (błogosławiąca) nad zuchwałą konstrukcją literacką Sławomira Matei. Narracja będąca prostym naśladownictwem stylu Krzysztofa Vargi lub Krzysztofa Śliwki (pomijając różnicujące niuanse, che, che, che). Skatologia plus turpizm wiejskiego lub małomiasteczkowego zaścianka. Takie nasze Harbutowice. A zaczynało się tak interesująco i obiecująco!… Pomysł skonfrontowania liturgii katolickiej z myślami jakiegoś prowincjonalnego cwaniaczka spod budki z piwem wydaje się zbyt ryzykowny, gdyż zakrawa na niesmaczną profanację. Wiadomo, że chodzi o weryzm i ekspresję. Stendhalowskie lustro trudno winić, że odbija błoto na drodze. Ale przecież „Artysta wybiera swoje tematy: jest to jego sposób pochwały” – jak słusznie zauważył Friedrich Nietzsche. Dla mnie „Konstrukcja” to przykład jakiejś lumpen-literatury. Mój znajomy zapytał – czy to jeszcze jest proza?
                                             Wioletta Sobieraj „Odwiedziny”
      Paraboliczna, poetycka, wydumana opowieść o pośmiertnej koegzystencji na Olimpie (lub też w niebie) trzech naszych wielkich rodaków: Henryka Sienkiewicza, Stanisława Ignacego Witkiewicza i Witolda Gombrowicza. Doborowe towarzystwo. Artyści nudzą się i przekomarzają, nie bez lęku zerkając na zmyślny przyrząd (specjalna luneta) do kontaktów z padołem, który byli kiedyś opuścili. Polemizują na tematy społeczno-narodowe i marzą o emisariuszu, co to zapewniłby im właściwe porozumienie z potomnymi na ziemi. Wreszcie ich pragnienie się spełnia… 
      Całość przypomina niektóre pomysły Sławomira Mrożka. Ciekawy koncept literacki, adresowany do tych krytyków (np. A. K. Waśkiewicz) i odbiorców, którzy od dobrej literatury oczekują odwołań do artystycznego dorobku poprzednich generacji. „Jaka literatura, taki Olimp” (s. 197). Jeszcze jedna rzecz, którą można wyraźnie pochwalić. 
                                       Wojciech Kołyszko „Niewyspana Wyspa”
  Proza psychologiczna. Utrzymana w duchu realistycznym, postmodernistycznym, eksperymentatorskim. Oto kursywą i interlinią wyeksponowano uporządkowany monolog wewnętrzny głównego bohatera. Analogiczny koncept można znaleźć w prozie np. Luisa Paula Boona (jednak przypuszczam, że nie był to pierwowzór). 
      Rozpad młodego małżeństwa to fundamentalny problem polskiej (europejskiej) populacji. Autor burzy społeczne stereotypy myślowe i ukazuje sprawę z punktu widzenia zaangażowanego w wychowanie, ale mało jeszcze doświadczonego, troskliwego ojca. Jego emocjonalna więź z kilkuletnim synkiem została nakreślona in statu nascendi. Wysiłki niezależnego tatusia wypadają na piątkę.
      Wątek patriotyczny poruszony (po raz kolejny w tej antologii) jakby mimochodem, przy okazji, na marginesie – i to „bez bicia w kotły, nadymania trąb” (cytat: S. G.). Meritum: „Nie obraża mnie pan aby? Jak słyszę: patriotyzm, to zaraz chcę protestować, nie pasuje mi to słowo. Chociaż nie potrafię, póki co, nazwać tego, o czym mówię, inaczej. O ile konieczne jest nazywanie. Może lepiej nie?” (s. 209). Postawa obecnie niemal nagminna – sceptyczna, niepewna, wstydliwa, acz w gruncie rzeczy jakoby pozytywna (uwzględniając wcześniejsze wynurzenia byłego małżonka). Zaiste, ja się nie boję słów, dlatego uważam, że wszystko powinno się nazywać po imieniu, bo po to wymyślono język. Ale to już moja broszka… 
                                           Joanna M. Chmielewska „Brosza”
      Tym razem Niemcy, zamiast Norwegii, a więc znów tematyka emigracyjna. Pomysł konstrukcyjny jakby rodem z zapomnianego dzieła Andrzeja Struga „Dzieje jednego pocisku”. Oczywiście, w wydaniu Joanny M. Chmielewskiej otrzymaliśmy daleko zmutowaną wersję oryginału. W roli inkluza – srebrna brosza, czyli rodzinna i cenna pamiątka, przechodząca z pokolenia na pokolenie. 
      Po mistrzowsku naszkicowany wątek ciężkiej pracy Polaków – na warunkach dyktowanych przez zachodnich chlebodawców. Pracownik jako „Importowana, myśląca maszyna do sprzątania. Wybrakowana, bo w przypadku maszyn myślenie wcale nie jest zaletą” (s. 247). Hegemonia bezwzględnej ekonomii nad sentymentem, chociaż… nie do końca! Pięknie ukazana nieprzekupność i upór (raczej: opór) dziewczyny, naszej rodaczki. Budująca historia. Opowiadanie jedno z najlepszych w tym zbiorze. Chciałoby się przeczytać więcej takich wspaniałych utworów. Bravissimo! 
                                              Kamila Waleszkiewicz „Skarb”
      Odwieczny konflikt pokoleń. Opowieść korespondująca z małą prozą pt. „Jedenasty listopada”, tyle że mniej radykalna w wymowie. Zawiera krytykę światopoglądu „moherowych beretów”, związanych z „Naszym Dziennikiem” czy Radiem Maryja. Również – krytykę wrogości Kościoła do nowomodnych, obcych nam kulturowo, pogańskich zwyczajów w rodzaju Helloween. (Nawiasem mówiąc, tkwi w tym zarzucie jakiś brak logiki: czyżby księża, błogosławiąc świecką obrzędowość, mieli podcinać gałąź na której siedzą?). 
      Autorka, potępiając niepopularne, konkretne (ksenofobiczne?) przekonania podsuwa czytelnikowi alternatywne, bardziej liberalne, pozytywne rozwiązanie. „Patriota to ktoś (…), kto ma swoje miejsce w życiu. Dom, o który dba, w którym szanuje domowników i gości, i którego historię dzieciom opowiada” (s. 272). Jest to definicja metaforyczna, a więc mało zadawalająca, ale dobre i to… 
                                              Paweł D. Zalewski „Pole 16”
Wzruszająca historia poszukiwań – przez (tajemniczego) Piotra z Krakowa – grobu przodka, czyli znanego lwowskiego cukiernika. Najprawdopodobniej chodzi tu o dziadka samego autora (por. passus o wykaligrafowanym nazwisku na reklamowym neonie; s. 287). Od końca wojny na cmentarzu Łyczakowskim niemało się zmieniło. Po upływie burzliwego półwiecza odnalezienie mogiły pana Władysława nie należy do łatwych zadań. Wyprawa kończy się fiaskiem, więc nie mamy hollywoodzkiego szczęśliwego zakończenia. To właśnie dodaje wytrawnej pikanterii całej sprawie.
      „Pole 16” to jakby prozatorski odpowiednik słynnego poematu Adama Zagajewskiego „Jechać do Lwowa”. Bezpretensjonalna, tradycyjna, klarowna narracja, stylistycznie urozmaicona odpowiednimi i obszernymi cytatami. Przytoczenie listów z epoki, czy grypsów z więzienia, nowocześnie rozluźnia kompozycję i uwiarygodnia opowieść. Poetyckie wspomnienia z przedwojennego „miasta lwów” przypominają, przywołują na myśl, kojarzą się z pięknem „Sklepów cynamonowych” Brunona Schulza. Exemplum: „«Najsłodsze bajki» mieszkały w grubych tomach na wystawie przy Akademickiej 22”. Et cetera. Czuje się tutaj podobną wrażliwość na uroki słowa tudzież na zmysłowe walory przemijających obrazów – godne ocalenia przed otchłanią niepamięci. Mamy oto prawdziwe deskrypcyjne delicje: sytuacyjny realizm, obserwacje psychologiczne, wreszcie – metafizykę. Subtelnym przejawem tej ostatniej może być zdanie: „Co dziwne, w chwili gdy babcia znieruchomiała i jej zastygła aura zaczęła bezszelestnie wibrować pod sufitem sali reanimacyjnej, zgasła też uliczna lampa” (s. 291). Natomiast – zero tromtadracji narodowej i zero moralizatorstwa. Bene. Jeżeli jest to – w lwiej części – wierna rekonstrukcja przeżytych wydarzeń, można autorowi pozazdrościć fenomenalnej, fotograficznej, filmowej (dialogi!) pamięci.
      Kapitalnie napisana nowela – kawał dobrej sztuki słowa. Lapidarnie mówiąc: „cacadełko”! Dla tej jednej uwertury warto było przedzierać się przez gąszcz różnych melodyjek i hałaśliwych demonstracji. Zaskakujący i najsilniejszy kontrapunkt na zakończenie lektury. Prywatnie przyznaję p. Pawłowi D. Zalewskiemu swoje GRAND PRIX! Wielkie brawa.
      (Nie)zbędne résumé
      Wybór opowiadań „Nie pytaj o Polskę” to książka szczególna ze względu na tematykę i społeczną wagę poruszanych spraw. Dlatego postanowiłem posadzić jeszcze podsumowanie, refleksje końcowe, coś w rodzaju rozwlekłej konkluzji. Otóż pierwszym wrażeniem post fatum jest uczucie niedosytu, niedoboru, niedowagi. Po prostu – braku. Zastanawiam się, według jakiego klucza byli dobierani autorzy do tej antologii? Brakuje mi w niej kilku znaczących nazwisk i bynajmniej nie mam na myśli Pilcha, Stasiuka czy Tokarczuk. Żeby nie być gołosłownym, podam dwa przykłady (kolejność alfabetyczna). Brakuje mi Stefana Pastuszewskiego (autora np. „Teraz Polska”), Pawła Przywary (autora np. „Zgrzewki Pandory”). Mało? No to kolejne trzy przykłady: Liliana Abraham-Zubińska (autorka np. „Wtajemniczenia”), Beata Szymańska (autorka np. „Opowiadań”), Tadeusz Wyrwa-Krzyżański (autor np. „Camery obscury”). Przy czym nie chodzi o rozdęcie zbioru do opasłych rozmiarów. Uważam, że niektóre, ewidentnie słabe (lub nazbyt luźno związane z tematem wiodącym) opowiadania można by zastąpić ciekawszymi i lepszymi utworami innego autorstwa. 
       Słyszałem w telewizji, że kulturoznawcy biegli w sprawach językowych lub językoznawcy biegli w sprawach kulturowych prognozują, iż za lat 50-70 zupełnie przepadnie język litewski, zaś po kolejnych dwóch-trzech dekadach zniknie z przestrzeni publicznej język polski. Być może jest to błędne wyliczenie, ale znaki na niebie i na ziemi wskazują, że sam fakt negatywny (utraty narodowego języka) to tylko kwestia czasu. Inwazja angielskiej terminologii (np. audiobook, bestseller, business, casting, CD, cool, dealer, deweloper, DJ, dragi, ever green, fast food, fitness, happening, happy end, holding, hipermarket, hit, hot dog, joint venture, jogging, layout, leasing, longplay, lightowo, make-up, marketing, OK, poster, pub, ranking, recycling, petting, singiel, slumsy, sorry, support, team, thanks, trekking, weekend) przyniesie w końcu opłakane skutki. Celowo przytaczam tę długą wyliczankę, aby unaocznić skalę zjawiska. A zatem, czy pielęgnowanie polszczyzny nie powinno być integralnym składnikiem patriotyzmu? Odnoszę wrażenie, iż młodzi pisarze nie lubują się w języku ojczystym, jakby nigdy nie czytali „Alchemii słowa”. Wydaje mi się, że nasi młodzi adepci literatury tak naprawdę nie kochają polszczyzny – jak to przed wiekami dziadek Mikołaj Rej przykazał. W przeciwnym razie nie zastępowaliby tak ochoczo zgrabnych rodzimych wyrażeń obco brzmiącymi słówkami i zwrotami.
      A propos kwestii leksykalnych dodatkowo muszę poruszyć problem wulgarności zapisów. Otóż młodzi (ale nie tylko młodzi) poeci i prozaicy ulegają złudzeniu, że kropienie „kurwami” na prawo i lewo podnosi artystyczny poziom ich utworów. Czy rzeczywiście podnosi??? No cóż, niektórzy to usprawiedliwiają modą (chcąc być postmodernistą, trzeba przeklinać), a na modę nie ma mocnych. Mnie absolutnie taka argumentacja nie wzrusza. Wiadomo, wiadomo, wiadomo (powtórzę) – chodzi o prawdę przekazu. Ale przecież taką a nie inną prawdę można podać w różnym opakowaniu. To zależy wyłącznie od twórcy, od jego inwencji, od maestrii. Jaki Olimp, taka literatura (odwracając sentencję Wioletty Sobieraj).
      Na koniec jeszcze jedna ważna kwestia – kalanie własnego gniazda.
Kiedy byłem nastolatkiem, moje postrzeganie bogoojczyźnianej propagandy było zbliżone do poglądów bohatera nowelki „Jedenasty listopada”. Później wydoroślałem, zrozumiałem konieczności (G. W. Hegel: „Wolność to uświadomiona konieczność”), dojrzałem: przestałem być anarchistą. Uważam, że konstruktywna krytyka jest o wiele lepsza od malkontenctwa. Dlatego zniesmaczyło i zniechęciło mnie kilka opowieści (np. „Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych”, „Jedenasty listopada”, „Konstrukcja”), gdyż ich autorzy przekroczyli pewne bariery w sposób nierozsądny i niebezpieczny. Jeśli te historyjki przeczyta jakiś młodzieżowy bezideowiec, utwierdzi się w przekonaniu, że polskość to rażąca przywara, której należy się wstydzić. Uwierzy w tę bzdurę, że nasze godło to „gówniany orzeł” (s. 15), a biało-czerwony sztandar jest „dwukolorową szmatą na patyku” (s. 16). Już raz w 1795 r. z powodu takiego myślenia okręt zwany Rzeczpospolitą Obojga Narodów zatonął na ponad 120 lat. Literatura wychowuje zawsze, nawet wtedy, kiedy gromko zaprzecza temu posłannictwu. Jak wychowuje, nie wychowując? Poprzez przykład. Jeżeli nastolatek napatrzy się na rzucanie „mięsem” z ekranu telewizora, szybko przyswoi sobie rzekomą prawdę, iż kultura polega na rzucaniu „mięsem”. W tym kontekście przypomina się wciąż aktualna przestroga Andrzeja F. Modrzewskiego: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”. W tym oto „kazaniu” nie ma agresywnego patosu; ja tylko odwołuję się do starych i dziś niepopularnych prawd.
      Oczywiście, nie chodzi mi o malowanie trawy na zielono, upychanie śmieci pod dywan albo lukrowanie dziegciu. Na skrzydełku książki zamieszczono tekst Grzegorza Ciechowskiego „Nie pytaj o Polskę” – jako znakomite motto antologii. Słynny piosenkarz mówi o złych i dobrych aspektach życia w kraju, w którym się urodził. Nie ukrywa brzydoty i beznadziei, ale przecież w tym swoim „wybrzydzaniu” nigdy nie przekracza granicy złego smaku. Cieszyłbym się, gdyby w gorliwym dążeniu do preferowanego realizmu, innym autorom tego zbioru, faktycznie udało się pójść w ślady szefa „Republiki”. Takie jest moje dictum. Jeżeli nie chcecie usłyszeć twardej mowy, nie pytajcie mnie o zdanie.
- – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – - – (red. Beata Rudzińska) „Nie pytaj o Polskę”, wydawnictwo AMEA, Liszki 2009, ss. 318. 


 

 

****

 

Pomysł namówienia pisarek i pisarzy do twórczego przetworzenia motywu polskości i patriotyzmu wydaje się dość ciekawy. Potencjalny finał takiego eksperymentu mógłby więc być co najmniej intrygujący – tyle się mówi o Polsce jako najwyższej wartości, że faktycznie warto przyjrzeć się, czy w rzeczywistości owa Polska jakąkolwiek wartość stanowi. Niestety, antologię zatytułowaną za piosenką Grzegorza Ciechowskiego – „Nie pytaj o Polskę”, spotyka ten sam los jak wiele innych podobnych projektów na zadany temat, projektów okolicznościowych lub sezonowych. Czytelnik znajdzie więc w książce kilka zaledwie perełek i mnóstwo prozy przypominającej zaledwie poprawne wypracowania szkolne, których autorzy to marni rzemieślnicy, zaś morał ich opowieści jest oczywisty od samego początku. Redaktorka zaprosiła do antologii pisarki i pisarzy, których książki mieliśmy okazję czytać (np. Sylwia Chutnik, Grażyna Plebanek, Sławomir Shuty, Izabela Sowa, Edyta Szałek), ale i twórców szerzej właściwie nieznanych, publikujących np. dla dzieci (np. Natalia Bobrowska, Marta Łosiak, Teresa Pietruska-Mrożek, Kamila Waleszkiewicz, Szymon Wigienka). Pomysł takiego akurat zestawienia mógłby przynieść interesujący efekt, gdyby uczestnicy projektu prezentowali wyrównany poziom. Jak już wspominałam, tak nie jest. W konsekwencji ci wymienieni w pierwszej grupie zwykle odbiegają (na korzyść) od przedstawicieli grupy drugiej, choć – dodajmy gwoli ścisłości – także i ci pierwsi nie zawsze są w szczytowej formie. Zdecydowanie najlepszym opowiadaniem zamieszczonym w książce jest tekst Grażyny Plebanek „Bohater”. Autorka umiejętnie dawkuje napięcie, zaskakuje czytelnika zwrotami akcji, nieoczywistością tego, co wydaje się oczywiste. Tytułowy „bohater” zyskuje wiele znaczeń, a Plebanek udaje się pokazać, że szarość niesie o wiele więcej pytań niż czarno-biały obraz świata. W podobnej stylistyce utrzymany jest tekst Pawła Daniela Zalewskiego „Pole 16”, przy którym też polecam się zatrzymać. Warto także zwrócić uwagę na opowiadania Izabeli Sowy „Całkiem inna niedziela”, Edyty Szałek „Vanndamman Park” czy Sławomira Shutego „Konstrukcja”. Ciekawy pomysł miała Sylwia Chutnik – zderza bowiem w „Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych” obraz wojny jako zabawy i radosnego poświęcenia dla ojczyzny z wojną pełną krwi, bólu i prawdziwego cierpienia. Niestety, forma, na którą się zdecydowała – nauczycielka odpytuje na lekcji uczniów z Powstania Warszawskiego – nazbyt mocno zbliża opowiadanie do literatury z tezą. Intryguje również tekst Wojciecha Kołyszki „Niewyspana Wyspa”. Autor portretuje ojca, który po rozwodzie próbuje utrzymać dobre relacje z synem. Joanna M. Chmielewska w opowiadaniu „Brosza” przygląda się kobietom różnych pokoleń, które – jak się okazuje – więcej łączy niż dzieli. Antologię „Nie pytaj o Polskę” trzeba więc czytać wybiórczo – szukając drobnych olśnień i szybko zapominając o wypracowaniach, wśród których błyskają teksty warte dostrzeżenia.

Nie pytaj o Polskę. [Antologia opowiadań], red. Beata Rudzińska, rysunki: Ewa Aksienionek, Wyd. Amea, Liszki 2009.

Bernadetta Darska (00:03)

 

 

****

 


GWARDIA NARODOWA, POSPOLITE RUSZENIE I CIURY OBOZOWE

 

            Tytuł antologii Nie pytaj o Polskę od razu zachęca do gry słów i prowokującego zdania: Nie pytaj o antologię. Bo antologia to rzecz wielce ryzykowna. Zaś antologia z wyraźnie wyznaczonym spektrum tematycznym to zadanie iście karkołomne. A już antologia o patriotyzmie we współczesnej Europie jest projektem, który niejako z założenia musi zakończyć się klęską. Jest to jednakże ciekawe i wymagające wyzwanie. Beacie Rudzińskiej, redaktorce publikacji, należą się słowa pochwały za odwagę. 
             Prawem kontrapunktu należy od razu włożyć kij w mrowisko i dołożyć pani redaktor oraz parze zajmującej korektą i redakcją… Bardzo cenna jest inicjatywa wprowadzenia do antologii nie tylko osób z I ligi, ale też debiutantów, początkujących czy po prostu mniej znanych autorów. Nie może jednak być tak, by tych najlepszych od najgorszych dzieliła głęboka przepaść. Jeśli już twórca zbioru opowiadań decyduje się na zaprezentowanie nowych twarzy, to powinien oddać te teksty w ręce doświadczonego redaktora (albo po prostu zrezygnować z danego twórcy).
Postanowiłem dokonać podziału autorów na trzy następujące grupy, których nazwy mówią same za siebie: gwardia narodowa, pospolite ruszenie i ciury obozowe. Od razu zaznaczam, że nie biorę tutaj pod uwagę całokształtu dokonań niektórych wielce utytułowanych i dopieszczanych przez niektóre redakcje pisarek i pisarzy, ale oceniam tylko i wyłącznie opowiadania zamieszczone w niniejszym zbiorze (niech więc sobie pani Chutnik nie myśli, że całą jej twórczość nazywam literaturą kieszonkową).
            Ad rem, czyli ranking pytających o Polskę.
            GWARDIA NARODOWA: E. Szałek, P. D. Zalewski, J. M. Chmielewska, A. Drotkiewicz, G. Plebanek, W. Kołyszko. POSPOLITE RUSZENIE: B. Rudzińska, K. Waleszkiewicz, I. Sowa, S. Shuty, P. Majka, P. Rowicki, M. Łosiak, W. Sobieraj. CIURY OBOZOWE: N. Bobrowska, T. Pietruska-Mrożek, S. Chutnik, S. Wigienka.
            Po rozstawieniu autorów po kątach przeanalizuję poszczególne opowiadania pod kątem ich zgodności z ideą antologii.
            Vanndamman Park Edyty Szałek to chyba najlepsze opowiadanie w książce. Ryszard – główny bohater – ma już dość Polski, więc rzuca wszystko: studia, rodzinę, dziewczynę, i wyjeżdża do Norwegii. Ucieka z klepiska przy „budzie zwanej Polską”, w której rodzinne więzy trzymały go „na smyczy poczucia winy”. Opuszcza Polskę, ale Polska nie chce go opuścić – i ciągnie się za nim jak smród za chłopem pańszczyźnianym… w postaci alkoholowych wyziewów i prymitywnych gadek emigrujących rodaków. Rysialdo od razu stara się być bardziej europejski niż wszyscy Europejczycy i bardziej wolny niż najbardziej wyzwolone feministki (vide: seksualny epizod z pewną Finką). Zachłystuje się piękną, czystą i bogatą Norwegią, ale z czasem zaczyna również doceniać dobre strony polskości, które objawiają mu się pod postacią jego uczciwego i zdroworozsądkowo myślącego szefa, brygadzisty, także emigranta. Nostalgia za krajem ojczystym wysubtelnia jego spojrzenie na patriotyzm, własną tożsamość, wielość w jedności europejskich narodów. Opowiadanie kończy się tak: Ryszard nie ucieka już przed Polską, ale nawet (być może mimowolnie) zaraża nią swoją partnerkę, Norweżkę, po przejściach zdrowotnych. Bjørg zaczyna interesować się polskimi zwyczajami i obrzędami, a nawet daje materialny tego wyraz, będący rodzajem afirmacji polskości, wszystkiego, co polskie; i podaje Ryszardowi Polskę w wielkanocnym koszyczku. Morał nasuwa się taki: Europa nigdy nie powinna być homogenizowanym serkiem zwanym Eurolandem, a tylko i wyłącznie Europą ojczyzn, której siła polega właśnie na zachowywaniu lokalnych kolorytów, tworzących razem piękną, niepowtarzalną, oryginalną mozaikę kulturową.
            Struktura opowiadania to typowy łuk rozwojowy bohatera (vide: Joseph Campbell i Christopher Vogler) z etapami: zwykły świat, podróż do świata niezwykłego, symboliczny powrót do ojczyzny. Parkowa opowieść napisana jest sprawnie, w sposób jasny i klarowny. Fabuła jest dynamiczna i obrazowa. Nie ma tu żadnej pretensjonalności stylu ani rozwlekłości narracji. Autorka wykazała się nie tylko znajomością rzeczy (obraz środowisk polonijnych, specyfika pracy robotnika, podobieństwa i różnice kulturowe), ale i subtelnym, nienachalnym zobrazowaniem zadanego tematu: czym jest patriotyzm. 
            Pole 16 Pawła Daniela Zalewskiego to opowiadanie napisane w sposób wysmakowany, stylistycznie bardzo sprawny; jest pełne szczegółów, drobnych, ale bardzo znaczących detali i symboli; obrazowe, ale niestety bardzo statyczne. Ta statyczność nie jest oczywiście zarzutem (bo wówczas Prousta należałoby nazwać grafomanem), jednak autor poprzez to może nie trafić do szerokiego grona wielbicielek bestsellerowych pisarek, jak Grochola, Kalicińska czy Szwaja.
            W jednym z wywiadów Beata Rudzińska powiedziała: „Nazwać się patriotą, to jakby identyfikować się z bandą oszołomów z bogoojczyźnianą pianą na ustach. Patriotyzm wydaje się być anachronizmem, czymś przestarzałym, niemodnym, albo raczej modnym w pewnych kręgach, co więcej, wydaje się być zawłaszczony przez ludzi, którzy nazywają siebie nacjonalistami”. Autorka zbioru opowiadań oczywiście inaczej postrzega patriotyzm, ale niestety wielu twórców z jej antologii postrzega go chyba właśnie tak (vide: S. Chutnik). Na tym tle Zalewski wykazał się szczególną dojrzałością, gdyż umiejętnie pokazał blaski i nędze życia Polaków: z jednej strony człowieka zainteresowanego tradycją, rodzinnymi korzeniami – pozostawionymi we Lwowie i już lekko butwiejącymi po wyrwaniu drzewa genealogicznego przez sowieckiego okupanta; z drugiej zaś strony świetnie portretuje przejaw karykaturalnego polactwa (vide: określenie R. A. Ziemkiewicza) w odrażającej osobie grabarza, cmentarnego oszusta, pseudopatriotycznej hieny, po prostu parszywej kanalii. 
            Brosza Joanny M. Chmielewskiej współgra swoją wizją polskości z opowiadaniem Zalewskiego. Spersonifikowanym bohaterem opowieści jest pamiątka rodzinna, będąca nicią „między dawnymi a nowymi laty”, spoiwem rodzinnej historii. Klejnot ten jest symbolem przywiązania i do rodziny, i do ojczyzny. Staje się również przedmiotem pożądania pewnej odpychającej Niemki. Opowiadanie kończy się happy endem, do którego można by zanucić rotę Marii Konopnickiej, lekko ją parafrazując: „Nie rzucim broszy, skąd nasz ród”. Świetnie została sportretowana zaborczość obywatelki Niemiec… czytelnik od razu widzi (przed oczami duszy swej) pruskich zaborców.
            Makowiec od Bliklego Agnieszki Drotkiewicz jest bardzo ładnym opowiadaniem, ale zanadto wtórnym, chyba że autorce chodziło o popisanie się znajomością Prousta i spożytkowaniem motywu słynnej magdalenki. Drotkiewicz kreuje za pomocą środków językowych taki obraz rzeczywistości, który da się doświadczyć zmysłami, a szczególnie powąchać i posmakować. Dzięki temu nie przekracza granicy dobrego smaku i nie podąża w stronę pustosłownej i powierzchownej abstrakcji. Polskość jest tam jednak zarysowana za bardzo sensualnie.
            Bohater Grażyny Plebanek to pomysłowa i głęboka opowieść o względności autorytetów, powikłaniu losów, deformowaniu ich przez mass media i ogólną mglistość historii. Psychologiczne sylwetki bohaterów zostały nakreślone bardzo precyzyjnie, choć zdają się być bardzo wieloznaczne w kontekście tej naszej bardzo splątanej narodowej historii. 
            Niewyspana wyspa Wojciecha Kołyszki – rzecz niebezpieczna jak odbezpieczony granat: może spowodować rozwód w rodzinie Wierciochów; moja żona zaliczyła pana Wojciecha do obozowych ciurów, a mnie jakoś ujęło to opowiadanie, umiejętnie kontrastujące behawioryzm, zewnętrzność, pozorność z wewnętrznym, często złośliwym, ironicznym komentarzem, łączące w sobie brutalność z liryką i miejscami nieco ckliwą i przesłodzoną bajecznością. Patriotyzm tego opowiadania jest niemal niedostrzegalny dla pobieżnego czytelnika. Przejawia się on w miłości bohatera do języka polskiego oraz w próbie przekazania synowi własnej alegorycznej opowieści o drzewie na granicy wrogich wobec siebie, przeciwstawnych światów.
             Mężczyźni, mężczyźni. Kobiety, kobiety Beaty Rudzińskiej to intrygująca gejowska opowieść wigilijna; trochę irytująca, trochę wzruszająca, z patriotyzmem mająca związek szczątkowy, choć jej punktem kulminacyjnym jest niedoszły hymn Polski, królowa kolęd polskich, z przecudownymi słowami wielkiego poety: Bóg się rodzi, moc truchleje. 
             Skarb Kamili Waleszkiewicz – rodzinna historyjka przedstawiająca konflikt pokoleń i starcie różnych tradycji – polskich z zachodnimi. W narrację wtrącona jest opowieść o skarbie, który każda dusza nosi w sercu; gdy jest jasna i przejrzysta, skarb jest piękny. Bardzo poetyckie przedstawienie skarbu, którym może być Polska.
             Całkiem inna niedziela Izabeli Sowy to dobrze napisane, ale bardzo dziwaczne ideowo opowiadanie: smutki transwestytki poprzeplatane są dylematami natury politycznej i obyczajowej – brać udział czy nie brać udziału w wyborach, głosować na prawicę albo lewicę, chodzić do kościoła czy nie, ubierać się tak lub owak, być kobietą czy mężczyzną… Wszystko to poplątane i niejasne. Można tylko współczuć rozdwojonej wewnętrznie bohaterce, której tożsamość jest rozmyta i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się skrystalizuje.
            Konstrukcja Sławomira Shutego ma osobliwą konstrukcję. Jest bardzo niezrównoważona, przeciążona z jednej strony, i zdaje się, że wkrótce runie pod własnym ciężarem. Polska jest tu przedstawiona jako śmietnik zamieszkiwany przez żałosne szczury w ludzkiej postaci: złośliwe, zawistne, tępe, kretynicznie pobożne, obłudne, chciwe, prymitywne. Zastanawiam się, dlaczego w ten właśnie sposób widzi Polskę pisarz, który uwielbia się przebierać się za księdza, a niekiedy okładać się parówkami w supermarkecie. Zastanawiam się też, czy autor kpi sobie z Polski, kpi sobie z siebie, kpi sobie z czytelników, czy może po prostu jest zwyczajnym, wesołym kpiarzem. Jedno muszę przyznać: opis tego śmietnika jest wysokiej klasy kawałkiem literatury.
            Stół Pawła Majki jest w sferze koncepcyjnej rewelacyjny. Natomiast realizacja tego pomysłu to popis zawiłości, braku precyzji i klarowności, a miejscami wyłazi bałagan konstrukcyjny popadający w totalny chaos. Zamysł autorski był bardzo ambitny: pokazać wieloznaczność bohaterów i autorytetów, cynizm mediów i podporządkowanie ich partykularnym interesom mafii zwanych partiami politycznymi. Całość jest jednak nieprzekonująca.
             4 czerwca 1989 r. Pawła Rowickiego to historia (pisana post mortem) człowieka – „Budowniczego Polski”, jak głosi znaczek przypięty do jego płaszcza noszonego teraz przez jego żonę – który umarł z radości… z powodu wolności odzyskanej przez Polskę. W wolnej Polsce żyje jako martwa dusza i żywy trup, karmiony opowieściami przez kochającą żonę. Koncept opowiadania śmieszny jest, ale fabuła przewidywalna i siląca się na oryginalność: taki mały obłęd, co w oczach się nie mieści…
             Swojszczyzna Marty Łosiak napisana jest w miarę sprawnie, choć bez przesady (przesadę należy tu rozumieć zarówno pozytywnie, jak i negatywnie). Bohaterką jest tutaj poliglotka-idiotka, pełna entuzjazmu dla obcości i europejskości pseudoobywatelka świata, zdająca się nie mieć pojęcia o kraju, w którym żyje, i dostrzegająca tylko negatywne jego strony, a potem, nagle, w jakimś całkowicie niewytłumaczalnym olśnieniu diametralnie zmieniająca swój stosunek do tejże ojczyzny-swojszczyzny. Wniosek z tego opowiadania jest prosty: wystarczy napić się wódki siwuchy, poleżeć na zielonej trawce, pogwarzyć z rodziną o duperelach… i już mała ojczyzna staje się wielką ojczyzną, a podkielecka wieś – sercem Europy.
              Odwiedziny Wioletty Sobieraj to przypadek analogiczny do Stołu Pawła Majki. Również interesujący, obiecujący temat, niewyzyskany jednak, a nawet spartaczony… nie wiadomo czym. Pośpiechem, niechęcią do dogłębnego przeanalizowania tematu, lenistwem, brakiem wystarczającego warsztatu artystycznego? Cholera wie czym.
             Bojaźń i lżenie Natalii Bobrowskiej to niedopracowana opowieść o intelektualiście posługującym się mało wykwintnym stylem, przebywającym na obczyźnie, narzekającym na polskość i krytykującym narzekactwo, ale popadającym w te same wady, które wyśmiewa… Facet po prostu upija się, zostaje jednak uratowany przez Polaków, którzy nadciągnęli z pomocą „niczym odsiecz wiedeńska”. Puenta jest dowcipna, a zarazem prymitywna: w chwilach kryzysu zawsze potrafimy być razem.
            Małgosia Teresy Pietruski-Mrożek jest obrazem Polaków porozsiewanych po całym świecie, pełnych dylematów moralnych, ciągle nawiązujących do obowiązków wobec ojczyzny. Mamy tu klasyczny konflikt pokoleń: konserwatywni seniorzy kontra nowocześni, otwarci na świat juniorzy. Niestety opowiadanie jest raczej szablonowe. To po prostu takie sobie opowiadanko, z którego czytelnik nie dowiaduje się nic ponad to, co zna już z obserwacji, z gazet, telewizji, Internetu. Konkluzja jest tak oczywista, że aż boleśnie banalna: wszędzie jest dobrze, tam gdzie nas nie ma, jak w piosence Wojciecha Młynarskiego. A może nawet wprost przeciwnie: najlepiej jest tam, gdzie jesteśmy, bo wyjeżdżamy tam, gdzie jest lepiej, nie kierując się żadnym przywiązaniem, żadnym sentymentem, choć z tego powodu dręczy nas nieraz sumienie, a nostalgia przedstawia nam Polskę w różowych barwach.
            Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych Sylwii Chutnik to chyba jakieś przewrotne nawiązanie do artykułu prof. Jana Błońskiego pt. Biedni Polacy patrzą na getto, ale jakie to nawiązanie, tego nie wie nikt, pewno nawet sama autorka, która jakby na siłę pisała jakąś tendencyjną powiastkę o antypolskim posmaczku. Przedstawia jakąś wydumaną, karykaturalną, żałosną postać patriotyzmu, czy może nacjonalizmu, i poprzez prostacko groteskowe skrzywienie stara się ośmieszyć to, co zawsze było dumą Polaków: wierność ojczyźnie, umiłowanie wolności i niepodległości, poświęcanie egoizmów w obliczu wyższych wartości i trudnych wyzwań. To jest po prostu paszkwil na polskość. Prymitywny i żałosny. Po prostu samo dno. Kiedyś za takie poglądy dostawało się od chłopców z AK kulkę w łeb, teraz otrzymuje się Paszport „Polityki”. Co z tą Polską?!
              Jedenasty listopada Szymona Wigienki jest czymś w rodzaju wypracowania szkolnego, pokazującym jedynie, jak niedojrzałe są postawy młodych Polaków. Pozytywnie nastawia mnie do autora jego samokrytycyzm, gdyż uważa on, że jego debiut „jest strasznie gówniarski”. Właśnie to oraz przebłyski talentu w niektórych akapitach dają nadzieję, że młody Wigienka (rocznik 1994) kiedyś wydorośleje i zachwyci jeszcze swoich czytelników.
Reasumując, można uznać, że antologia ta to kilka strzałów w dziesiątkę. Wokół – w mniejszej lub większej odległości – widnieją dziury po kulach mniej sprawnych żołnierzy języka polskiego. Niestety, niektórzy strzelcy niezbyt sprawnie posługują się bronią, więc módlmy się o to, żeby się nie postrzelili… albo z nienawiści nie zastrzelili swojego krytyka.

Wojciech Wiercioch

Nie pytaj o Polskę, praca zbiorowa; pod red. Beaty Rudzińskiej; wydawnictwo AMEA; Liszki 2009; liczba stron: 320

 

 

****

 

 

        Emil Biela

 

        BO TO POLSKA WŁAŚNIE!


        Antologia opowiadań „Nie pytaj o Polskę” to spory pakiet solidnej, pisarskiej roboty. Autorami jest grupa autorów /18 osób/, których średnia wieku wynosi 38 lat: dwanaście kobiet i sześciu mężczyzn. Ta przewaga autorek jest dość symptomatyczna dla aktualnego stanu polskiej literatury współczesnej. Dominacja kobiet dobrze rokuje? To prawie szekspirowskie pytanie, bez odpowiedzi.
        Zbiór opowiadań w świetle problemu, jakim jest dzisiejszy patriotyzm to swego rodzaju książka rozliczeniowa, bo autorzy robią rozrachunek z Polską, która jest nie tylko nad Wisłą, ale także poza jej granicami. Nie robią tego z pozycji stricte patriotycznych. Jaką opinię wystawiają Polsce” Złą, dobrą? Raczej fifty-fifty. „Nie pytaj o Polskę” – mówią autorzy, bo masz ją w sobie i przed sobą! 
        Tomasz Jastrun w swym stałym felietonie w „Newsweek-u” /15 listopada 2009/ stawia taką diagnozę: „Polska ciągle zasupłana. Jak ją rozsupłać? Te supły od razu się czuje, kiedy próbuje się coś zmienić w stanie rzeczy. A tu nie daje się. Supły. Przy każdym grupka cwaniaków, którzy próbują na suple zarobić. Jedni pilnują, by nie ruszać, inni udają, że pomogą rozsupłać, nie za darmo...”
        Można rzec, że tym tropem idą autorzy antologii, ujawniając sposób myślenia o Polsce. Nie szczędzą słów krytyki. Szczególnie krytyczne cięgi zbiera Kościół. Gdybyż on nakazywał się modlić: „Chleba naszego polskiego i fantazji daj nam dzisiaj Panie!”, to nie byłby tak postponowany. Aby polskość uwierzytelnić, twórcy antologii przesadnie wulgaryzują język, artykułując zrakowaciałe doszczętnie językowa paskudztwa polszczyzny. Domaganie się kultury języka nie musi być donkiszoterią.
        Przypatrzmy się bliższej opowiadaniom zawartym w tomie „Nie pytaj o Polskę”:
        Sylwia Chutnik akcję opowiadania „Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych” ulokowała na lekcji w liceum ogólnokształcącym. Punktem wyjścia jest wcale sensowne pytanie: czy chciałbyś walczyć w powstaniu, gdyby akurat dziś wybuchło? Istny horror antypatriotyczny zaczyna się z chwilą, gdy słyszymy odpowiedzi uczniów, które aprobuje i wzbogaca nauczycielka. Bezlitośnie spostponowana zostaje nasza aktualna, siedemdziesięcioletnia przeszłość. Rozgrywa się groteskowa lekcja historii. Sponiewierany jest patriotyzm, wyśmiane pokolenie JP II, narodowa flaga nazwana jest dwukolorową szmatą na patyku, etc. Brak w opowiadaniu optymizmu. Jest tylko ostra satyra, nadająca się ewentualnie na krótkotrwały fajerwerk estradowy, ku uciesze gawiedzi. Satyra i śmiech, plus szyderstwo, chadzają zazwyczaj na krótkich i krzywych nóżkach. Daleko nie zajdą. Nie ma dla nich trwałego miejsca w literaturze.
        Dotychczasowe sukcesy literackie Sylwii Chutnik wyzwoliły widać a autorce niebezpieczne zadufanie i niczym nieskrępowaną erupcję pisarskiej żółci. Nikt nie lubi nadmiaru krytyki i strofowania!
        Teresa Pietruska-Mrożek nazywa siebie „nieśmiałą autorką paru opowiadań” i prezentuje jedno z nich pod niepretensjonalnym tytułem „Małgosia”. Jest to szalony kontrast z tekstem Chutnik. Tu mamy tradycyjną, spokojną narrację o lekarce pracującej od dziesięciu lat w Norwegii, a przy okazji szerzej o problemach pracy i nauki młodych Polaków poza granicami kraju. Dydaktyczno-pedagogiczny ton „Małgosi” sprowadza się do penetracji tezy, którą wyraża jedna z postaci opowiadania: „...tata i dziadek zawsze wbijali nam do głowy, żeby uczyć się, gdzie się da, a potem wracać do kraju i robić coś sensownego”.
        Pani doktor Małgosia szarpana jest wątpliwościami, czy wracać do Krakowa? Wraca. Ale bratanek wyjeżdża do Londynu, a córka do Brazylii. Słowem – nowe polskie życia. Każdy musi sam się określić i nie może być „skazany” na kraj swego urodzenia – filozofuje dość banalnie Pietruska-Mrożek.
        Piotr Rowicki i jego proza „4 czerwca 1989 r.” to ambitny artystycznie tekst, chociaż makabryczny. Z jednej strony przypomina fantastyczno-sensacyjne, pełne nastroju grozy i niepokoju opowiadania Allana Edgara Poe, a z drugiej strony naszego Bronisława Wildsteina, który realia polityczne naszego kraju mocno wpisuje w życiorysy swych bohaterów. Mamy więc u Rowickiego generała w czarnych okularach, ponure echa przemówień z plenum Komitetu Centralnego PZPR i nieboszczyka, którego żona przez dwa miesiące /!/ trzymała w łóżku, bo umarł z przejęcia, z radości, że 4 czerwca 1989 roku skończył się komunizm.
        Okazuje się, że patriota nie może mieć słabego serca i nie powinien łatwo się wzruszać. Jest to niebezpieczne bardziej niż zgruzowany komunizm.
        Beata Rudzińska swym opowiadaniem „Mężczyźni mężczyźni. Kobiety, kobiety” dołączyła do niewielkiej grupy pisarzy, którzy podejmują śmiało gejowską tematykę. Historia życia Łukasza i Pawła to miniaturowe studium psychologiczne kochających się inaczej. Swoisty ostracyzm blokowego środowiska, gdzie mieszkają zakochani w sobie mężczyźni, łamie samotna wdowa. Nawiązuje z niekonwencjonalną parą pewnego rodzaju przyjaźń, której zwieńczeniem jest wspólne pójście, ku zdumieniu blokowiczów, na bożonarodzeniową pasterkę.
        Praktycznie zwyciężyła teoretycznie sławiona polska tolerancja. Rzadkie zwycięstwa. Dobrze, że taką moliwość przedstawiła Beata Rudzińska. Oby starczyło pisarce odwagi w podejmowaniu „tej” tematyki w przyszłych pracach literackich. Musi wiedzieć, że będzie wystawiała pisarską pierś na sztych...
        Aha, jest jeszcze w opowiadaniu Rudzińskiej parę zazdrosnych zdań z powodu starego znaczka do klapy: „Budowniczy Polski”. Z okresu PRL-u. Symptomatyczne dla mentalności współczesnego Polaka i dobrze, że to autorka odnotowała.
        Izabela Sowa wie doskonale, że staropanieństwo jest nudne, pretensjonalne, pełne sprzeczności, omyłkowych decyzji, ustawicznych wahań itd. i trudno o nim pisać w sposób interesujący, odkrywczy. Podjęła ten trud i powstało opowiadanie pt.: „Całkiem inna niedziela” z pozoru mało interesujące, bo cóż może powiedzieć o sobie Lucyna? Śmieszyć jedynie mogą jej zabiegi wokół rozmyślań, co ubrać na siebie lub wyprawy do kościoła, aby pobożnie, modlitewnie szarpać Pana Boga za szatę... Mało demokratycznie przedstawia się jej życiowy dylemat: na kogo głosować: na lewicę, na prawicę czy na centrum? Słyszy głosy: „Nie można się odwrócić do Polski plecami. Trzeba walczyć, żeby tu wreszcie było jak należy. Po człowieczemu.”
        Ale gdy pomyślimy, że Polska to taka singielka, żeby nie powiedzieć niezbyt elegancko: „stara panna”, to ta metafora tłumaczyłaby pozytywnie sens napisania „Całkiem innej niedzieli”.
        Agnieszka Drotkiewicz zaprasza na „Makowiec od Bliklego”. Z zaproszenia trzeba skorzystać, bo pani Agnieszka ma spory dorobek pisarski mimo młodego wieku /niespełna trzydzieści lat/: powieści, zbiory rozmów, stypendystka Villi Decjusza w Krakowie i Literarische Colloquium w Berlinie. A jak prezentuje się w opowiadaniu? Nieźle, ale jest trochę przesady w epatowaniu zagranicznymi wspaniałościami, bo bohaterka, Joanna, stoi po prostu w Bellagio nad jeziorem Como we Włoszech, jednym z piękniejszych miejsc świata. „Czuje się jak sparzona brzoskwinia obrana ze skórki”. Wspomina Warszawę, Nowy Świat, cukiernię „A. Blikle”...
        Czytelnik może zadać zupełnie przytomne pytanie: – Czy życie to tylko wspomnienia?
        Natalia Bobrowska napisała „Bojaźń i lżenie”. Tytułowe stany ducha – i ciała – przeżywa polski naukowiec na konferencji globalistów w Wiedniu. Pada przy okazji „uczonych rozmyślań” sporo uwag w stylu: Polacy nie potrafią się ze sobą dogadać albo, że kultura to przeklęty twór. Trudno sądzić, czy kogoś zainteresują te socjologiczne „odkrycia”? Chyba nie. Sfrustrowany metaPolak po wiedeńskim naukowym pobycie wsiada w końcu w pociąg „Piłsudski”, żartując w myślach, że wypadałoby wysiąść na przystanku „Niepodległość”. Bobrowska kwituje ten „uczynek” następująco: „Wyszło tak jak zawsze, ale nic to. Kielce to też ładne miasto.”
        I tak kończy się tekst, w którym więcej jest bojaźni i żadnej akcji, bo trudno nią nazwać siedzenie przy hotelowym barze.
        Edyta Szalek napisała „Vanndamman Park”. Najdłuższe w antologii opowiadanie i chyba najbardziej interesujące. Zaczyna się banalnie: Polacy w kolejce do zagranicznego nieba czyli na lotnisku, czekając na lot do Oslo, a potem dalej, do Kristiansundu. Młody Rysialdo czyli Ryszard, niedoszły lekarz, rzucił w cholerę wszystko – pracę, dziewczynę, studia, matkę, bo nie chciał być mierzony jednakową miarą. Polska była dla niego za ciasna i za trudna. Rysialdo zgadzał się ze swą babcią, która mówiła o Polsce: „Na głowie fryzura, a w pończosze dziura.” Ryszarda denerwowało to, że w ojczyźnie prym wiodły pozory, a fasady polityczne miały większą wartość, niż to, co się w kraju działo naprawdę. Więc zrobił wszystko, byleby się stąd wyrwać, byleby zapomnieć o rodzinnych więzach, „które trzymały go na smyczy poczucia winy, przy budzie zwanej Polską.” Mocne słowa, może nawet zbyt mocne!
        Więc, znalazł się w Norwegii. Znalazł dobrze płatną prace, przyzwoite mieszkanie. Ale pojawiła się źle płatna... nostalgia! Zaczęła ją skutecznie leczyć młoda dziewczyna, której niedawno z powodu nowotworu usunięto pierś. Ryszard zakochał się z wzajemnością w amazonce, noszącej imię Bjorg.
        Piękne opowiadanie, będące dowodem, że miłość można spotkać wszędzie i kochać namiętnie tak, że aż ptaki wzlatują z podziwu bardzo wysoko nad Vanndaman Park.
        Paweł Majka i jego „Stół” lokuje czytelnika w studio telewizyjnym. Przysłuchujemy się dialogom bogato inkrustowanym przekleństwami, które są niczym chleb powszedni. Jesteśmy wszyscy więźniami telewizji z dożywotnymi wyrokami, więc opowiadanie Pawła Majki może spotkać się z zainteresowaniem. Kuchnia tv jest ciągle za nieodsłoniętą kurtyną, więc jest dobra okazja, by poznać mentalność producentów, wydawców, sponsorów, konsultantów, operatorów itd. W zdumienie mogą wprawić ich wzajemne powiązania i uzależnienia, niekiedy nie mające nic wspólnego z kulturą.
        Szymon Wigienka to najmłodszy autor antologii. Z noty biograficznej wynika, że ma dopiero niecałe szesnaście lat. Więc raczej nie ma sensu pytać go o Polskę, bo odpowiedź będzie postawiona na głowie i będzie w konwencji myślenia i mówienia bohater jego opowiadania pt.: „Jedenasty listopada”. Uczeń, Jakub Palakner, nie chce być Polakiem. Woli przebywać w szkolnej ubikacji niż na szkolnej akademii z okazji rocznicy 11 listopada 1918 roku. W swojej patriotycznej szczerości ów Jakub wyznaje: „Miałem ochotę zapalić papierosa podczas szkolnego apelu odbywającego się na cześć odzyskania niepodległości i pokazać tym samym, że ojczyznę mam głęboko w dupie.”
Ale nam rośnie nowe pokolenie! Niebezpieczne, bo ma już swoich trubadurów.
         Grażyna Plebanek. Jej opowiadanie „Bohater” to drobiazg w znacznym dorobku prozatorskim, na które składa się kilka poczytnych powieści. Ale ten drobiazg jest wysokokaratowy. Opowiada o autentycznej historii. Ryszard Wrona podczas wojny uratował życie niemieckiemu żołnierzowi. Za ten czyn partyzanci ucięli mu głowę, zabili najbliższych. Mimo upływu wielu lat do tej historii, mającej kilka tajemnic, ciągle się powraca. Traumatyczna pętla wspomnień coraz to zaciska się. Media robią swoje, grzebiąc swymi paluchami w przeszłości. Zaszłości muszą zmartwychwstać, chociaż wcale nie chcą. Bohater wcale nie chce być bohaterem.
        Więc kto w końcu zasługuje na takie miano?
       Marta Łosiak wykreowała „Swojszczyznę”, rzecz o Kielecczyźnie. Niby, bo w rzeczywistości jest to drapieżny opis Polski. Tekst opowiadania przeżywa na oczach czytelników pewną ewolucję, gdyż początkowo jest to ostry paszkwil, pamflet, a potem zamienia się on w panegiryk. Wpierw Marta Łosiak pisze, że „na Kielecczyźnie ludzie są pazerni, okrutni i głupi, mają ciasne horyzonty i płaskie uczucia. Boga noszą na obrazach, nie w sercach, topią kocięta, a poważają tylko kasę. I dodaje bzdurne zdanie z całą powagą pisarską, że „wszyscy Polacy pochodzą zdecydowanie spod Kielcy”, wbrew temu, co twierdzi Tadeusz Konwicki, że wszyscy wywodzimy się spod Oszmiany... W części panegirycznej, zamykającej opowiadanie, autorka twierdzi /w pięknych opisach/, że Kielecczyzna to raj i nie byłoby źle, gdyby Bóg pochodził spod Kielc.
        I bądź tu mądry! Ale tak już widać jest, kiedy kobiety chcą być pisarkami.
        Sławomir Shuty i jego „Konstrukcja” mieści się akuratnie w profilu jego dotychczasowej prozy, która od lat konsekwentnie przypomina działanie miksera. Tym razem nowohucki pisarz zmiksował Msze świętą z bagnistym podwórkiem niejakiego Puchalika. Całość posypana nieodzownymi wulgaryzmami. Tak skonstruowane jest tło polskiej rzeczywistości.
Rodzi się pytanie zasadnicze: – Komu potrzebne są takie śmietniskowe relacje? Piękno, estetyka, delikatność i elegancja literatury niektórym twórcom jest widać obca i obojętna. Nie chcemy, aby opowiadania zaczynały się od frazy: „Gnój wyciekał...”
        Wioletta Sobieraj w swoich „Odwiedzinach” przenosi nas w świat polskiego surrealizmu. Mag nadrealizmu, Bolesław Leśmian, byłby lekturą „Odwiedzin” usatysfakcjonowany. Taką prozę czyta się nie z przymusu, lecz dla przyjemności. Można rzec, że jest to surrealistyczna proza z dodatkiem dyskretnej metafizyki. Podnosi to zdecydowanie wartość artystyczną opowiadania Wioletty Sobieraj.
Jeden z bohaterów „Odwiedzin”, robiąc sobie prywatny rachunek sumienia, wyznaje: „moja wina, że wstydzę się, że jestem Polakiem”. Góral powiedziałby: Tyz piknie!
        Wojciech Kołyszko w opowiadaniu zatytułowanym „Niewyspana wyspa” przenosi nas nad morze i relacjonuje myślowe powiązania między ojcem /w trakcie rozwodu/, a synkiem, który odkrywczym widzeniem świata sprawia kłopot tacie. Najlepiej to opowiadanie mógłby ocenić Stefan Pastuszewski, główny filar miesięcznika „Akant”, gdzie ten pisarz od dłuższego czasu publikuje kronikę rodzinnych wydarzeń, które tworzy i komentuje jego synek. Teksty są pozytywnie porównywalne i to stwierdzenie powinno zadowolić Wojciecha Kołyszko, którego dorobek jest dopiero w zalążku.
         Joanna M. Chmielewska i znowu mamy w „Broszy” słowa krytyki /konkretnej/ pod adresem Polski. Wyjeżdżają z niej kobiety, aby przede wszystkim zarobić i po powrocie dobrze się urządzić. Niektóre nie zamierzają powrócić. Inne pobyt poza granicami ojczyzny traktują jako przygodę, rozrywkę, czekając na szczęśliwy los w ramionach obcego mężczyzny. Natasza jedzie do koleżanek na obczyźnie, jedzie z miasteczka nieszczęśliwie położonego, bo za daleko od morza, za daleko od wielkiego miasta, za daleko od nadziei na zmianę. Wiezie im listy, polskie prezenty... kolorowe gazety, sernik, słoik kiszonych ogórków, chleb bez polepszaczy etc. Sama Natalia też zamierzała popracować kilka tygodni, aby dorobić do asystenckie j pensji, na tusz do rzęs i tusz do drukarki. A może na wynajem przyzwoitej kawalerki? Ot, materialne marzenia młodej Polki.
         W zagraniczną podróż zabrała rodzinną pamiątkę: srebrną broszkę. Historia tej ozdoby jest fascynująca. Ta brosza to polskim talizman, przynoszący szczęście i nieszczęście, na które zawsze, dziś i w przeszłości, składa się polskie życie. Broszkę za wysoką sumę chciała kupić Frau, ale tej broszy nie można było sprzedać za żadną cenę, bo ona żyła. Joanna M. Chmielewska, jak wytrawny pisarz, przedstawiła psychologiczną stronę posiadania rodzinnych pamiątek. Mają one wartość ponad materialną. Trzeba o tym zawsze pamiętać.
        Kamila Waleszkiewicz z nerwem napisała swój „Skarb”. Jest to opis sytuacji prawdziwej, która wydarzyła się w Polsce w 2008 roku. Dzieciaki z podstawówki chciały urządzić Halloween, wesołą zabawę polegającą na przebieraniu się za duchy i wampiry. Była zgoda szkoły, którą nieoczekiwanie odwołano. Toczy się bitwa słowna, jest grunwald poglądów. Z trudem zwyciężać musi patriotyczno-narodowe przekonanie o wyższości świąt polskich nad wywodzącym się z innych kultur. 
        Paweł Daniel Zalewski na „Polu 16” czuje się dobrze, wie, co i jak ma pisać, pewnie jest świadom sprawności swego pióra. Przeszłość wymienia uściski i przyjazne słowa z teraźniejszością. Przeszłość jest jak senna baśń, jak pyszny tort, jak nieśmiertelny Lwów, do którego przyjeżdża bohater opowiadania.
        Zalewskiego cechuje precyzja opisów. Tak pisali kiedyś wielcy realiści, których naczelną cechą była – wiarygodność czyli prawda. Lwów zmartwychwstaje pod piórem autora „Pola 16”, jakby wracał do Polski, jakby tego pragnął...?
        Pole numer 16 to kwatera na cmentarzu Łyczakowskim. Jest tam mogiła najlepszego cukiernika we Lwowie. Ale nie było pewności czy to naprawdę jego grób. Bo cukiernik zmarł w więzieniu w roku 1945 i pogrzebano go ukradkiem... Zamknął się los Lwowiaka. Polaka.
        „Pole 16” to najwartościowszy tekst antologii.

Już w sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie «