PL / EN

Paweł Daniel Zalewski

 

ŚCIANA


       Topinambur

 

     Telewizyjny kucharz z sobotniego przedpołudniowego programu przyrządzał przystawkę z topinamburu. Entuzjastycznie, fantazyjnie, z precyzją. Jednak Zygmunt chętnie zarzuciłby mu nieszczere działanie w służbie komercji: efekciarsko i na skróty. Mistrz oblizywał się, mlaskał, to znów unosił kciuk do góry, jak ów opasły kuchcik z reklamy słynnej jugosłowiańskiej przyprawy. Było mu z tym gestem do twarzy. Drobił, tarł, mełł, zgniatał, szatkował, a na koniec mieszał. Nóż w sprawnych rękach podskakiwał rytmicznie, wyczarowując spod swojego ostrza różnokolorowe drobiny, które skwapliwie wychwytywała kamera.  Zygmunt słyszał, jak uderzenia ostrego metalu o twardą krajalnicę nieustannie skandowały cztery znajome, twardo brzmiące sylaby: to-pi-nam-bur. Temperatura programu rosła. Z ekranu dochodziły coraz smaczniejsze słowa, a precyzyjne ruchy dłoni stawały się coraz szybsze, niczym zawodnicy przed linią mety. Wreszcie telewizyjny szef kuchni oblizał palec i pstryknął „voilà”. Zygmunt uchwycił triumfalny rajd półmiska z sałatką na sam środek okrągłego blatu. Kamera ukazała artystyczną fakturę bezlitośnie poszatkowanych warzyw. Sałatka, hojnie skropiona cytryną, przegryzała się w skupieniu. Dojrzewała przed medialną inicjacją. Właśnie miała oddać światu swoją dziewiczość. Tymczasem w błyszczących krawędziach półmiska, dla efektu udekorowanych talarkami warzyw, przeglądały się okna przestronnej telewizyjnej kuchni i odbijały światła halogenów. W końcu w sam środek topinamburowej masy wetknięta została rozczapierzona koniczynka bazylii. Szef, znacząc tym gestem ukończenie dzieła, rozpłynął się w uśmiechu, i jął, z nieukrywanym ukontentowaniem, zacierać miękkie, wypukłe poduszeczki dłoni. Następnie dźgnął sałatkę eleganckim widelczykiem i ostentacyjnie włożył do ust pierwszy kęs. Nie zdążył jeszcze poczuć smaku, a już z uznaniem potakiwał głową, pomrukiwał z aprobatą i gładził się znacząco po brzuchu. Na twarz wypełzł mu okrągły grymas samozadowolenia. 

     Zygmunt wzdrygał się za każdym razem, gdy padało słowo „topinambur”. Kradziono mu jego prywatność. Doświadczał niecodziennego wariantu déjà vu. Z kulinarnym posmakiem. Z zapachem podróbki kiepskiej jakości. Stał się cichym bohaterem niefortunnego zdarzenia. Jak muzyk, który w szmerze, leniwie sączącym się z głośnika hotelowej windy, z przerażeniem rozpoznaje komercyjną przeróbkę własnego utworu. Jak twórca wiersza bezceremonialnie zawłaszczonego w formie drewnianej deklamacji na okolicznościowej szkolnej akademii. Jak malarz z rozczarowaniem dostrzegający pośród pocztówek za szybą kiosku „Ruchu” wyblakłą reprodukcję swojego obrazu. Zygmunt był teraz niczym reżyser oglądający odsłonę ze swojego filmu, niespodziewanie sprowadzoną do roli taniej szmirowatej scenki w reklamie telewizyjnej. Koń by się uśmiał, a wesz by kaszlała – roześmiałaby się kiedyś babcia, próbując błazeńskim powiedzonkiem wygładzić jego zmarszczone czoło. Przysiadł na krześle. Żywe barwy z krystalicznego ekranu łatwo zredukowały się do czarno-białego obrazu. W zakamarkach pamięci odnalazł charakterystyczną wypukłość dawnego kineskopu.  Myślą przekręcił niewidzialną gałkę „Szeherezady” w okleinowej obudowie.  Mrużąc oczy, ujrzał planszę „przepraszamy za usterki”. Zamrugało, zabuczało. Trzaski sprowadziły migotającą pustkę ekranu. Po chwili i ona zniknęła.  Napłynęła cisza, którą wnet wypełniły odgłosy przeszłości.
     – Topinambur to północnoamerykańska roślina liściasta, o kwiatach podobnych do koszyczków słonecznika, która posiada jadalne bulwy. – Druhna była jeszcze studentką, a jednocześnie, w szkole, nową panią od przyrody. Pewnie dlatego jedno z pytań dotyczyło tej właśnie dziedziny. Nosiła modną, płaską degolówkę i minispódniczkę. – Wszystko jasne? No to powtarzajcie. No, chłopcy, co to jest topinambur?
     – Niech druhna to powie inaczej, bo tak to ja nigdy, przenigdy nie zapamiętam. – Błażek, w swoim brudnym, zużytym zuchowym mundurku, z zaciekami na błękitnej chuście, spojrzał na druhnę błagalnym wzrokiem.
     – My też nic nie kapujemy – chórem przekrzykiwali się pozostali chłopcy z drużyny, tłocząc się na podłodze harcówki i wymierzając sobie na oślep kuksańce.
     – A Zygmuś potrafi powtórzyć? – Druhna z nadzieją szukała w Zygmuncie sojusznika. Nie na darmo. Powtórzył bez zająknięcia. Nie miał pojęcia, o co chodzi z tymi koszyczkami i co to są bulwy, ale całość odtworzył przykładnie.
     – No i co, da się? – triumfowała druhna. – Zygmuś, nauczysz ich wszystkich tego na pamięć. Inaczej nie zdobędą sprawności.
     Skończyło się na tym, że zaledwie kilku potrafiło powtórzyć definicję, bardzo zresztą uproszczoną, i to dukając każde słowo z osobna, zaś za tych najmniej pojętnych sam Zygmunt musiał wypowiedzieć zdanie o topinamburze.
     – Wstyd i hańba! Potrzebujecie adwokata, żeby za was mówił. – Druhna postanowiła wprawić chłopców w zakłopotanie, mrugając porozumiewawczo do Zygmunta. Wyraźną przyjemność czerpała z faktu, że może go na swój prywatny użytek faworyzować i obdarzać względami. A on garściami czerpał z jej przychylności. Ukradkiem przyciągał jej wzrok, jakby chciał dać znak, że zawsze jest gotów. Ochoczo odpowiadał na każdy uśmiech, skwapliwie łykał jej pochwały.
     – Wy to jesteście dobre dwieście lat za Murzynami! – próbowała ich zawstydzić druhna. 
     Bezskutecznie, bo chłopcy woleli być wyręczani. Zygmunt stawał karnie na baczność, wypowiadał tajemnicze słowa o dziwacznym topinamburze, po czym siadał wyprostowany na ławce, gotów do kolejnej akcji. Wzorowy zuch, niczym prymus. Działał w zastępstwie, ratując kiepskich. Dumnie prezentował swoje napęczniałe ego. Z podniesioną głową deklamował zdanie o bulwach, choć wcale nie przysparzało mu to przychylności kolegów. A jednak w imię drużyny, a może po to, by nie zejść ze sceny, wytrwale walczył, mimo że był regularnie bezlitośnie podszczypywany przez matołowatego Klimończyka i boleśnie godzony w głowę kulkami oślinionej plasteliny, z impetem wypluwanymi z rurek w jego kierunku.   Żarłocznie i prymitywnie karmili się koledzy odpryskami Zygmusiowego świata; bezlitośnie i bezmyślnie rozdmuchiwali okruchy jego chwilowego sukcesu.
     Pytania były trzy: „Jak nazywał się uczony, którego imieniem nazwano słynny radziecki uniwersytet?” (temat z propagandowego przydziału), „Kto pierwszy dokonał przeszczepu serca?” (dla równowagi) oraz „Co to jest topinambur?” (niewinne, nawet nie dożynkowe). Odpowiedzi na dwa pierwsze pytania jeszcze przez chwilę napisane były na tablicy, ale zanim druhna zabrała się do przepytywania gawiedzi, dla zachowania pozorów współzawodnictwa starła nazwiska gąbką, co zresztą od razu wywołało głośne protesty. Jako tako wydusiły się z rozkojarzonych główek nazwiska Łomonosow i Barnard, ale ile przy tym było śmiechu. Chłopcy o mało nie połamali sobie nosów, podpowiadając na migi tym najmniej rozgarniętym, jak się ów uczony nazywał. Z kolei doktor Barnard kojarzył się z psem bernardynem, więc chłopcy ujadali zaciekle, hasając na czworaka, ale i tak Klimończyk za nic nie mógł wydobyć z siebie tego Barnarda .
     Topinambur został uproszczony i sprowadzony do krótkiej formułki: „Roślina liściasta, która posiada bulwy”. W tej wersji, bardziej poprawnej politycznie (brak przymiotnika „amerykański”), znacznie krótszej (i przez to niewiele znaczącej), z licznymi podpowiedziami i z zastępczym udziałem Zygmusia, wszyscy zaliczyli naukowe pytanie z dziedziny biologii. Harcówkowy wieczór osiągnął swój cel, a cała dwudziestka otrzymała sprawność przodownika nauki. Druhna radośnie rozdała wszystkim podopiecznym trójkątne naszywki z nadrukowanym plastikowym globusem i nieodłącznym symbolem: sierpem i młotem. Potem uruchomiła projektor z filmem „Kieł rekina” i poszła do kotłowni zapalić.  Papierosa „Zefir”, z synem woźnego. Babcia Wincentyna mawiała, że ten woźny to już nie taki tercjan czy pedel, jak dawniej w szkołach bywało, tylko prosty chłopek-roztropek. Owszem, chodzi on w tej swojej fioletowej marynarce, ale to taka „woźna marynarka”, ironicznie kończyła swój wywód babcia.  Wychowawczyni natomiast nazywała go złotą rączką, zwłaszcza gdy prosiła o jakąś przysługę, najczęściej o naprawienie wypadającej klamki, dopasowanie okna lub wzmocnienie osuwającej się tablicy. Z kolei żona woźnego codziennie przemierzała szkolne korytarze w bardzo błyszczącym chałacie z białym koronkowym kołnierzykiem, zrobionym na szydełku przez babcię Adamusa. Bo to były koleżanki. Woźną przezywali „Chałatowa”, a Zygmuś przez cały pierwszy rok myślał, że ona nosi takie nazwisko, tak było idealnie dopasowane do jej wybłyszczonego stroju.
     Tamtego wieczoru w dzień zdobywania zuchowej sprawności naukowca Zygmunt został „Topinamburem”. Był nim aż do końca szkoły podstawowej. Niezrozumiała definicja jeszcze bardziej skomplikowanej nazwy łatwo utkwiła wszystkim w pamięci.
     W szóstej klasie, kiedy Czerwone Gitary śpiewały o Annie M. stojącej w samotnym oknie, Ania, w której kochali się wszyscy, zajrzała do jakiejś mądrej książki i któregoś dnia na wolnej lekcji matematyki, gdy klasa pozostawiona sama sobie siedziała w wielkim nieładzie, urządziła autorski numer popisowy. Zaczęła czytać o topinamburze. Na głos, na środku sali. W reakcji na tak smacznie zapowiadające się przedstawienie nawet chłopcy z ostatnich ławek przestali się bić i słuchali z uwagą, raz po raz wybuchając tylko niepohamowanym śmiechem.   Wszyscy patrzyli na Zygmunta i szczerą radość sprawiało im przypisywanie mu cech owego topinamburu. Wyobraźnia łatwo znajdowała sobie pole do popisu, kotłując się w młodych, rozlatanych głowach, tworząc obrazy zgoła surrealistyczne. Gdy Ania zaczęła czytać, Zygmuntowi wydało się, że z jej twarzy nagle spłynęła cała dziewczęcość i uroda. Odwrócił wzrok, żeby ich spojrzenia przypadkiem się nie skrzyżowały. Ania czytała powoli i wyraźnie, aktorsko modulując głos i przerywając, gdy śmiech klasy stawał się zbyt głośny.
     – Topinambur. Tak, właśnie topinambur, nasz topinambur… Występuje dziko… łodyga szorstko owłosiona… przywędrował z Europy w XVI wieku… kwiaty języczkowe… występuje na przydrożach, ale też można go znaleźć w zaroślach nadrzecznych… ma wysoko wzniesioną łodygę z bujną zieloną masą liści… rozmnaża się z bulw… bulwy ma czerwone… stanowi zagrożenie dla innych roślin… służy jako pokarm dla dzików i saren… także używany jako przynęta na dziki… daje plony większe niż ziemniak… preferuje gleby piaszczyste… przetwarzany na alkohol lub kiszonki…
     Zygmunt skulił się w sobie, przycupnął na krawędzi krzesła, a czujników wystawił więcej, niż miał włosów na głowie. Był od zawsze zakochany w Ani. Na tej lekcji zderzył się z nią. Czołowo. Trwał przygarbiony pod naporem jej słów. Rzucała kamyk za kamykiem. Sens jego uczucia sprowadziła do wrednego tekstu z jakiegoś przyrodniczego podręcznika. Podobno wtedy, gdy jej słuchał, nawet wyglądał jak topinambur.
     Rechot sięgnął zenitu, gdy chłopcy schwycili Zygmunta i przenieśli go na stół nauczycielski, zamierzając sprawdzić, jakie ma bulwy, czy jest szorstko owłosiony, jaką ma łodygę, a na koniec obiecali użyć go jako przynętę na dzikie zwierzęta. Na szczęście, zwabiona najdzikszymi wrzaskami, nadeszła wychowawczyni, pani Aldona, i położyła kres hańbie Zygmunta. Wyswobodzony z przymusowego uścisku wrócił ze stołu tortur na swoje miejsce, dalej czując się owinięty gęstą, lepką siecią. Gęstniał w sobie. Pełen niezdrowych słów. Kruszał od pęknięć. Jak bulwa suchego topinamburu.
     Po czterdziestu latach Zygmunt zajrzał śladem topinamburu do internetu. Topinambur okazał się modnym obecnie produktem spożywczym. Forum topinamburu, historia sprowadzenia topinamburu do Europy, przemysł gorzelniany, topinambur pastewny, topinambur jako chwast, topinulin – lek z topinamburu dla diabetyków, topinambur jako delikates. Zupa z topinamburu, topinambur z masłem czosnkowym pieczony w gorącym popiele, smażony na oliwie ze szpinakiem i winogronami, utarty z cebulką i ogórkiem kiszonym, surowy, krojony w plastry, o lekko orzechowym smaku. Gorąca herbata z plasterkiem topinamburu porównywana do herbaty z cytryną. Topinambur według Indian Cherokee: bulwy skruszyć w lodowatej wodzie, posypać solą i pieprzem, jeść, biorąc do ręki jak rzodkiewkę. Przepis Lindy McCartney: przetarty, z sosem cytrynowo-pietruszkowym; pieprz do smaku; podać natychmiast po przygotowaniu. Ciekawe dlaczego. A Łomonosow? Był wszechstronnym geniuszem. Pisał wiersze, stworzył także podręcznik gramatyki języka rosyjskiego. Zaś pierwszy pacjent Bernarda, sklepikarz o niebezpiecznie słowiańskim nazwisku, przeżył jedynie osiemnaście dni. Jeden z kolejnych – aż dwadzieścia cztery lata. Sam doktor Barnard zmarł parę lat temu podczas luksusowych wakacji w Pafos na Cyprze. A o przeszczepach mówi się dziś w mediach jak o zwykłej medycznej procedurze. Druhna jest emerytką w przetartych botkach i nie chodzi już w degolówce ani nie zakłada bananówy. Zimą nadal nosi elastyczne golfy, a jesienią i na wiosnę ciepły beret.
     Tydzień temu wracał późną porą z Galerii Krakowskiej. Celowo wybrał trasę wiodącą ulicą o złej sławie. Dla dreszczyku emocji, z litości dla wybujałej wyobraźni. W mrok ciągnęła go niewidzialna smycz. Było cicho, ale w powietrzu wisiał rozpustny zapach tego miejsca. Po lewej opustoszały, niszczejący pałacyk koło parku. Dawna siedziba Radia Kraków. Nieopodal budynki politechniki. W ciemności nie zauważył postaci niemal wtopionych w mur. Dopiero światła przejeżdżającego samochodu wydobyły je z mroku.
     Były grube, paliły papierosy i wypinały na Zygmunta swoje dupy. Perfekcyjnie sprowadziły wszystko, każdy ruch i każdy element ubioru, do tej najważniejszej, najbardziej środkowej części swojego ciała. Ulica Szlak była długa i ciemna. W sam raz. Jeden z boków trójkąta bermudzkiego.
     – Pan samotny? – zalotnie zagadnęła pomarszczona twarz osadzona na wiotkim tułowiu i długich nogach w białych kozakach do kolan.
     Gdy spojrzał w jej stronę, wykonała ręką parokrotnie ruch, który nieuchronnie kojarzył mu się z wysychaniem mózgu. „Od tego idiociejesz i obumiera ci mózg.  Trzeba tylko z dziewczynami, nigdy samemu, rozumiesz?”, słowa Jaśka z wycieczki do Markowych Szczawin w ósmej klasie. Zygmunt wtedy w schronisku nie zrozumiał. Czegoś jeszcze nie wiedział, a musiał wydobyć na twarz maskujący, niby szelmowski uśmieszek. Tyle się wtedy najadł wstydu. Leżał na górnej pryczy. Udawał, że go boli brzuch, że śpi. Patrzył w ścianę. Prawie wtulił się w jej chłód. A na dole panoszyła się nastoletnia pozorna wyższość, panowała oszukańcza, bezlitosna zgrywa. Słuchał, co opowiadają sobie rozgorączkowani koledzy, przekrzykując się, to znów uciszając i po kryjomu zaciągając się sportem. Niezrozumiale żarciki, niewybredne przekleństwa. Spadały po ciemku, ciężko i na oślep, na zakurzoną podłogę schroniska. Rozrzedzone gęstą plwociną i łykiem taniego sikacza. Padały daleko od jego świata. Schronisko spowite mgłą, jego usztywniony lękiem tułów. Cały topinambur.
     Zawstydził się i teraz, na ciemnej ulicy półświatka. Nie odpowiedział białym kozakom i przyśpieszył kroku. Rosnąca ciekawość popychała go dalej, w kierunku budynku ZUS-u. Skrzyżowanie było rozświetlone ciepłym światłem latarni. Przysłowiowo, pod tą właśnie latarnią, stały dwie młodsze. Szedł wolnym krokiem, obserwując je spod oka. Malutka brunetka w krótkim płaszczyku i z przyklejonym do twarzy uwodzicielskim uśmiechem.
     – Dobry wieczór – usłyszał jej głos naznaczony jakimś dziwnym akcentem.
     Przystanął, rozglądając się na boki. Wydawało mu się, że z każdego mijającego ich samochodu śledzą go oczy kogoś, kto z pewnością go zna. Zaraz samochód zatrzyma się i ten ktoś zakrzyknie ze zdumieniem: Zygmunt, ty tutaj? O tej porze? Zrobił krok do przodu, potknął się na nierównym chodniku i o mało co nie upadł. 
     – Tak tu ciemno! – zdusił w sobie przekleństwo. – Dziury jak sto lat temu!
     Jak wtedy. Fotoplastykon z tatą. Oaza przeszłości. To tam się dowiedział, że oprócz osiedla i Krakowa są inne światy, bywają inne krajobrazy, żyją inni ludzie. Fotoplastykon mieścił się nieopodal Rynku, w szarym, zawilgoconym zaułku. Gdy przemierzało się ponure, nierówne, pogarbione pod stopami podwórko, pełne nieoczekiwanych kałuż, dziur, wąskich zakrętów i ciemnych załomów, ogromne szczury z piskiem pryskały spod nóg. Siwiuteńki dziadek w kasie z namaszczeniem wydawał bilety wstępu. Na każdym z nich kopiowym ołówkiem wpisywał kolejny numer, a Zygmusia specjalnie głaskał po głowie.  Zygmuś zawsze pytał, kiedy będą wodzowie indiańscy i preria, a dziadek z uśmiechem odpowiadał, że niedługo będzie „Tarzan i jego dzikie zwierzęta”, co wcale chłopca nie zadowalało.
     Właściwe pomieszczenie zawsze zatopione było w ciemnościach. Niesamowite – okrągłe jak namiot cyrkowy albo jak budy z mięsem na środku placu handlowego. Na samym środku biło serce fotoplastykonu – tajemnicze, świecące promieniującymi, okrągłymi oczyma. Te oczy, punkty jaśniejące w ciemności, przyciągały swoją magią. Walcowaty kiosk, przypominający okrąglak z prasą na środku Rynku, tylko że znacznie większy. I tu kupowało się marzenia.   Fotoplastykon kojarzył się Zygmuntowi z dźwiękami starości: trzeszczeniem i skrzypieniem. Skrzypiała wysłużona, zapadnięta podłoga, trzeszczało wysokie chybotliwe krzesło, na którym sadzał go ojciec i uczył, jak patrzeć w to, co Zygmuś nazywał lornetkami. Przed oczyma przesuwały się obce obrazy: kolumnowe budowle, strzeliste wieże, wielkie zamki, stare, kamienne miasta i metropolie z lasem wieżowców, murzyńskie wioski, jeziora, dżungle, góry, strome skały, bezkresne pustynie, archipelagi wysp zagubione na środku oceanu. Spójrz, wołał tato ze stanowiska obok, zaraz będziesz miał krzywą wieżę w Pizie! A teraz wodospad Niagara! A teraz Łajka przy radzieckim statku kosmicznym!
     – Nie jest ciemno. Przecież stoimy pod samą latarnią! – Podeszła całkiem blisko. Czekała na propozycję.
     – Pani robi… oralny? – wystrzelił bez zastanowienia pierwszy lepszy tekst, który przyszedł mu do głowy. Oblał się niewidocznym w ciemności rumieńcem i poczuł, że serce trzepoce w nim jak skrzydła bezradnego pisklęcia.
     – Nie, nie robię, ale mogę zrobić laskę. Za dopłatą może być bez gumy i do osta.
     Nie wiedział, co można by powiedzieć w takiej chwili. Roześmiał się z udawaną swobodą. W sukurs przyszła mu blondyna z krzywym nosem i ostrym makijażem.
     – Facio, jak masz furę, to wio na parking. Ja ci zrobię zajebiście. Idę na wszystko. Dam ci super. Będziesz zadowolony. – Wszystko, co miała, mieszkało między nogami.
     Na rogu zatrzymał się czarny mercedes.
     – Dziewczyny, bierzemy was na imprezę – kilka głów wychyliło się znad opuszczonych szyb. – A łysemu dziadkowi to dajcie spokój, bo się rozsypie na próchno. 
     – Nocka? – próbowała sprecyzować warunki ta z krzywym nosem.
     – Od razu nocka! Godzinka nam wystarczy. Dogodzimy ci blondasku. Dwie stówki od czterech. Cena hurtowa! – targował się sąsiad kierowcy.
     – E, stary, ale nie bierzmy tej czarnej. Ona chyba ma wszy. Popatrz, jaką ma przyklepaną fryzurę. To wsióra. Chyba na występach gościnnych. – Głos z wnętrza samochodu z trudem tłumił czkawkę.
     – Ej, bo to jest cyganicha, lewiznę odstawia. Jej się kijem nie tyka. – Blondyna splunęła czarnej pod nogi. Pokołysała biodrami do mercedesa, wsiadła do tyłu, zatrzasnęła drzwi. Ruszyli z piskiem opon.
     Mała czarna w płaszczyku poprawiła włosy.
     – Ty, nie słuchaj, co ona pierdoli. Ja jestem tylko pół-Cyganka. Ta pizda mnie gnębi, bo jestem nowa. Bo ja jestem po poprawczaku i po wyroku, ale spoko, jak ktoś jest dla mnie miły, to ja też jestem miła. A tak w ogóle, to Monika – wyciągnęła małą dłoń, ale nie skorzystał. – Mieszkam z babką i tu zarabiam na jedzenie. Chyba jesteś trochę dziany, no nie? Jak chcesz, to możemy się kolegować.
     Już kiedyś ktoś tak do Zygmunta powiedział. Smutne déjà vu. Działo się to w sławetnej kolejce podczas kuriozalnej akcji „penisy”, która zdominowała na pewien czas życie szkolne, a nawet osiedlowe. Bodzioch, nauczyciel WF-u, właśnie dorabiał sobie tytuł. Tematem jego pracy magisterskiej był wpływ dojrzałości płciowej chłopców na ich wyniki sportowe. Tamtego dnia długa kolejka do służbowej kanciapy Bodziocha budziła emocje całej szkoły. Kolejka zaczynała się na boisku, liczyła setki chłopców, od klasy szóstej do ósmej. Jedni, przeskakujący z nogi na nogę z głupawym, lubieżnym uśmiechem, inni, pokrywający zmieszanie luzacką rozmową o wczorajszej „Kobrze” czy ostatnim meczu ekipy Górskiego, i w końcu ci nieliczni, śmiertelnie poważni, przestraszeni, czekający jak na rozstrzelanie. Kolejka w białych podkoszulkach z pedetu, błyszczących chałatowych szortach, szytych na miarę, i tenisówkach ze składnicy harcerskiej. Pryszczaci i brudni niechluje, przemądrzali, przyczesani okularnicy, modni „osmondzi” ze zwisającą, przydługą tłustą czupryną. Chłopcy niewyrośnięci i przerośnięci. Bogaci jak Jasiek, który eksponował zachodnie adidasy, i ci, których nie stać było na odpowiednie buty i musieli ćwiczyć boso.   Byli tam wszyscy. I Wojtylko, którego tak bały się nauczycielki, i Adamus, który notorycznie lał swojego pijanego ojca, i Błażek, któremu już dawno wysypał się wąs i który honorowo nazywany był Ojcem. Natrętny męski gen występował w tym miejscu gęsto, w stężeniu, jakie można sobie łatwo wyobrazić w skupisku takim jak jednostka wojskowa, spęd poborowych na seansie w Domu Żołnierza czy okrągły więzienny spacerniak. Gwarno było i ruchliwie. Prostacko i pospolicie. Śmierdziało ubogim dorastaniem. Tłum przepychający się w nierównym szeregu, dla dodania szyku spluwający pod nogi, komicznie wypinający ważne części ciała, ostentacyjnie i z podekscytowaniem komentujący, co ma się za chwilę wydarzyć, zerkający, czy zaciekawione dziewczyny obserwują ich z okien sali prac ręcznych. „Zobaczysz, że ci go Bodzio urwie”. „Bodzio będzie mierzył. U mnie to mu linijki nie starczy, u ciebie na odwrót, trzeba brać szkło powiększające albo mikroskop z pracowni biologii”. „Ej, Zeniu, tam nic nie ma, Bodzio normalnie dostanie szoku!”. „Topinambur, ty jesteś fajne chłopisko, tylko nosisz torbę za nisko” – ryknął Zygmuntowi do ucha gruby Klimończyk i pociągnął go z całej siły za jądra. Zygmunt powstrzymał łzy, udał, że nie poczuł. Łysy Bodzioch siedział w swojej kanciapie za przepoconą szatnią, z długopisem w ręku, zeszytem na stoliku i klubowym w ustach. Beznamiętnym tonem mówił „następny”, a chwilę później odchylał gumkę spodenek gimnastycznych podchodzącego ucznia, zaglądał i głośno oznajmiał wynik. Ku uciesze najbliżej stojących, którzy wynik wraz z nazwiskiem delikwenta powtarzali niczym głuchy telefon aż na sam koniec kolejki. W skali od jednego do pięciu większość usłyszała tubalne „trzy”, kilku wyrośniętych „cztery”, a dwóch wąsatych – najwyższą notę. Ci dwaj zwycięscy już od roku rysowali na klatkach schodowych schematyczne postacie z cycami i olbrzymimi otworami, opisując je imionami koleżanek. Wieczory spędzali z butelką jabola w „parku kultury i wypoczynku”. Uporczywie odmawiano im przejścia z klasy do klasy. Jeden z nich, Klimek, tak się rozwinął, że kilka lat później nawet trafił do poprawczaka, a Marzec siedzi w więzieniu chyba całe życie. Ale wpływu rozwoju płciowego na przestępczość Bodzioch nie badał. Zygmunt doczekał się na swoją kolej. Czuł, że wchodzi w młyn, który go przemiele na drobno. Popchnięty przez Klimończyka, zatoczył się na stolik Bodziocha, aż zachwiało lampką, którą ten sobie przyświecał, zaglądając do majtek. „Co ty, kurwa, pijany, synu?”, rzucił Bodzioch, odchylił spodenki Zygmunta i rzucił głośne „dwa!”.
     Wracając ze spuszczoną głową wzdłuż szeregu oczekujących, Zygmunt załapał kilka lekkich kopniaków i wiele ironicznych uśmiechów. Na boisku podszedł do niego Zeniu. Zeniu był niski i chuderlawy. Jego matka, krawcowa, wiecznie siedziała w domu, szyjąc na maszynie. Szykowała grubaśne sukienki dyrektorce szkoły i żabotowe bluzki dla pani wychowawczyni. Ojciec Zenia był pryszczatym niemową z wieczną pokrzywką na twarzy. Spotkać go można było na spacerze w parku, z nieodłącznym papierosem bez filtra w ustach, pchającego wózeczek z młodszym synem. Zeniu, blady chłopiec nikczemnej postury, przezroczysty jak cień, przezornie próbował trzymać się na uboczu. Codziennie podczas dużej przerwy chłopcy robili mu na stole nauczycielskim „operację”, po której uciekał w najdalszy kąt szkoły. Kołysząc się śmiesznie na boki, szybkim krokiem umykał na koniec korytarza, gdzie ukrywał swoją niepozorną postać w malutkiej wnęce pod parapetem, obok kaloryfera, tuż za szkolnym sklepikiem. Idealnie się tam mieścił. Miał same dwóje, ale był cichutki, nie wadził nikomu, i za te suknie i bluzki uszyte przez matkę przemycano go łaskawie z roku na rok.  Mały, chuderlawy Zeniu też dostał od wuefisty Bodziocha marne „dwa”. „To teras mozemy się jus kolegować” – zaseplenił cicho, nieśmiało podchodząc do Zygmunta na skraju boiska. Zygmunt nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i poszedł podławić się swą niedolą do cuchnącej toalety z urwaną zasuwką.
     Droga ze śmierdzącego szkolnego kibla sprzed lat do kurewskiej latarni trwała tylko ułamek sekundy. Dziewczyna wydmuchała z ust nabrzmiały balon gumy, który zaraz pękł z trzaskiem.
     – No co, nie podobam ci się czy jak? Nie chcesz? Załapiesz zniżkę! – Gdy wchodziła na wyższe rejestry, charakterystyczny akcent stawał się wyraźniejszy. Pewnie że Cyganka. W wybornej, śniado-złodziejskiej całości. To był nocny oddech miasta. Śmierdział niezdrowo.
     Zygmuntowi zakręciło się w głowie.
     – Co? – Swój głos słyszał z oddali, zwielokrotniony jakimś echem. Czuł, że jeśli natychmiast nie odejdzie, faktycznie rozsypie się w kupkę pyłu.
     – No co, nie chcesz mnie wyruchać? – Wypluła gumę daleko na jezdnię. Jak nie masz bryki, mogę zrobić ci lodzika tu, w bramie. Spuszczę ci cenę na dwie dyszki.
     Gorycz podeszła do samego gardła. Zatoczył się na pień drzewa i zwymiotował. Coś wołała, ale nie rozumiał. Minął ponury gmach ZUS-u i pobiegł w stronę Helclów. Pod domem starców dobiegł go przepity głos.
     – Ej, coś zgubiłeś, malutki.
     Obejrzał się. Nic nie zgubił. Tleniona, tłusta lafirynda huśtała na prawo i lewo błyszczącą torebeczką. Odkaszlnęła i zbliżyła się o krok. Przyjrzała mu się niebezpiecznie uważnie.
     – Ale jajca! Topinambur! Zawsze bym cię poznała. Aleś spuchł i się skurczył! Zgubiłeś, kurwa, włoski! Ile to lat! Nie poznajesz, Topinambur? Renatka Chałupniak. Na przerwie zawsze dawałeś mi odpisać matmę.
     Aha, była taka drobniutka blondyneczka. Nie mogła za nic zdać z klasy do klasy i pod tablicą, wyrwana do odpowiedzi, zawsze płakała łzami wielkimi jak grochy. Rozpusta to też forma rozpaczy.
     – W budzie byłeś w porzo, tylko trochę dziki. Chcesz podmuchać za darmo? Po starej znajomości.
     – Chyba naprawdę coś zgubiłem – wybełkotał.
     – Kilder! – zawołała, wysuwając w jego kierunku palec. – Pamiętasz to zaklęcie? Nie wolno się ruszać! – Odwrócił się tyłem. Nie zareagował, jak chciała. 
     Pomyślał, że poplątał kierunki. Pośpiesznie odchodząc, zamarzył o ciepłej wannie w swoim mieszkaniu, w starym bloku, na wielkopłytowym osiedlu. Wybrał suchość mózgu.

 

* * *

 

     W reklamie mąż yuppie zachwyca się smakiem świątecznego barszczu. Młody, prężący się biznesmen, przystojny człowiek sukcesu. Ponad głowami rozkosznie zadowolonych córeczek, przez stół, chochlą sięga do dymiącej wazy po dokładkę. Kiedyś Wiesiowa zapewne powiedziałaby „po repetę”. Żona, także urocza, śpieszy z wyjaśnieniem, że to barszczyk prosto z torebki. Wymachuje nią w stronę kamery. Ale za to własnoręcznie dodała przyprawy i udekorowała zupę łezką gęstej śmietany! Dorzuciła grzybki z kostki. Jak świetnie doprawiłaś ten barszcz – zachwyca się mąż, wyszczerzając w uśmiechu białe zęby. A ona cały czas wystawia do kamery swoją nieposkromioną dumę przykładnej gospodyni.   Ciepła rodzinna scena. Wszyscy piękni i zadbani – zrobieni z torebki i z proszku, jak ten barszcz. Dziesięć minut i danie dnia gotowe! Mąż dalej pokazuje śnieżnobiałe zęby i macha łyżką jak wiosłem.
     – Czym pan gryzie? Na miłość boską, czym pan gryzie? – Zygmunt, wpatrzony w okrągłe światło lampy, przypomniał sobie, że nie leży wcale na domowym łóżku i nie ogląda reklamy zupy. Chwilę wcześniej z pozorną swobodą usiadł na fotelu, zaraz asystentka wywróciła go nogami do góry, a teraz to pierwsze pytanie zbiło go zupełnie z tropu. Na szczęście nie musiał odpowiadać – usta miał szeroko otwarte, a pani stomatolog pokazywała młodej asystentce jego unikatowe uzębienie, jakby miała do czynienia z paleontologicznym znaleziskiem sprzed tysięcy lat. 
     – Tu… i tu, popatrz. Widziałaś coś takiego? Jakie kolosalne braki uzębienia! Pan po prostu gryzie dziąsłami, pan ma całkiem starte zęby! Wszystko tu panu siada.
     Głos miała pełen troski, rysy twarzy wykrzywiał jej empatyczny grymas.
     – Pan zjada swoje zęby!
     Współczucie połączone z niedowierzaniem. Mikstura litości i krytycyzmu. Jak kobieta podnosząca z ziemi ptaszka ze złamanym skrzydłem, jak wrażliwa elegancka paniusia, nabożnie pochylająca się nad ulicznym półnagim cygańskim maleństwem.
     Oddychał głęboko. Oddychał zapachem gabinetu, którym przesiąkły ściany i sprzęty. Mieszanina leków, odkażających specyfików, sterylnej świeżości wyposażenia, środków czystości i… perfum wyelegantowanej blond asystentki.  Musiał przyznać, że dziewczyna z gracją roztaczała wokół siebie wysublimowaną woń. Ten bukiet zapachów wydawał się Zygmuntowi wręcz wyuzdany.
     – Czy żona nie narzeka, że przez sen zgrzyta pan zębami? No jasne, na pewno pan zgrzyta. – Pani stomatolog od razu potraktowała swoje pytanie jako retoryczne. – Pan ma wszystko starte. Szczątki zębów! Pewnie oboje zgrzytacie, tylko śpicie jak susły i jeden drugiego nie słyszy.
     Szerzej otworzył usta, bo wstyd mu było, że sypia sam. Całkiem i zawsze – sam. Zresztą zazwyczaj najcelniejsze riposty przychodziły mu do głowy dopiero po czasie. Zwłaszcza gdy się denerwował. Na dłoni usiadła mu mucha. Czuł, jak łaskocze go cienkimi nóżkami, wędrując całą długością kciuka. Nieznacznie poruszył ręką i już po chwili poczuł, że mucha bezpiecznie przeniosła się na sąsiedni palec. Uniósł dłoń, a mucha przeleciała na czoło. Stamtąd zgoniła ją jednym ruchem pachnąca asystentka.
     – A sio, mucho!
     Specjalną rurką, którą dumnie zwała ślinociągiem, usunęła z rozwartej jamy ustnej resztki śliny i poprawiła Zygmuntowi olbrzymie gogle. Gdy był dzieckiem, osiedlowa dentystka z pawilonu usługowego palcem upychała mu w ustach kawałki pęczniejącej ligniny, pedałem popędzała złowróżbnie warczące wiertło, a szklankę z wodą zmieniała dopiero na wyraźne życzenie babci Wincentyny.  Podarty skóropodobny fotel zawsze przywodził Zygmusiowi na myśl krzesło elektryczne, a pomoc dentystyczna, Jasia, miała podarte pończochy i śmierdziała cebulą. Teraz wszyscy występowali w sterylnych maskach i rękawiczkach, fotel zmieniał położenie po naciśnięciu niewidocznego guziczka i kołysał do snu jak hamak, woda nalewała się do plastikowego kubeczka sama, a dziąsło było znieczulane sprejem, by zrobić miejsce dla delikatnego ukłucia magicznej różdżki, dozującej środek przeciwbólowy. Właśnie przestało pikać. Znieczulenie sprawiło, że pół twarzy stało się gąbczastą masą bez żadnego czucia. Pół twarzy z paper mache – nijako, ale bezpiecznie.
     – No, zaczynamy. Zrobimy sobie dzisiaj leczenie kanałowe tej piąteczki.
     Zaswędziało na samym środku twarzy. To ta sama mucha usiadła Zygmuntowi na nosie.
     – A sio! – asystentka delikatnie wydęła wargi i lekko dmuchnęła Zygmuntowi w twarz, wzniecając woń mięty pomieszanej z nutką ekskluzywnych perfum. – Ale upierdliwa ta mucha! Zupełnie jak muchy egipskie.
     – Egipskie, Karolinko? Myślałam, że egipskie to są mrówki faraonki – zaśmiała się pani doktor i zanurkowała lekko szemrzącą maszynką głęboko w usta Zygmunta.
     – No, takie jak w Egipcie. Leniwe od upałów i namolne z natury. Zresztą tak jak Egipcjanie – ze znawstwem wyłuszczyła sprawę Karolina.
     – Nasza Karolinka to miała powodzenie w Egipcie – skomentowała pani doktor, nie odrywając wiertła od resztek zębów Zygmunta.
     – Co tam powodzenie! Odgonić się wprost nie mogłam. – Asystentka ponownie, tym razem dumnie, wydęła wargi i poruszyła zalotnie całą obfitością swoich blond włosów. 
     Tego Zygmunt nie mógł widzieć, wpatrzony w rozświetloną do białości lampę, ale poczuł, bo każdy ruch Karoliny dodawał pomieszczeniu wykwintnego aromatu. Po raz kolejny dopełniła gabinet wonią perfum pomieszanych z zapachem młodych feromonów, podczas gdy Zygmunt zastanawiał się, czy w Egipcie odganiała się tak od much, czy raczej od kelnerów, specjalistów od plażowej gimnastyki, mikserów przybasenowych drinków i animatorów wieczornych imprez.
     – Pochwal się, Karolinka, zostałaś przecież miss turnusu! – zawołała znad brzęczącej maszynki pani doktor.
     – No, miss wieczoru – skorygowała Karolinka. – I nawet skakałam po brzuchu fakira! A w nagrodę dostałam darmowy dzień w hotelowym spa. Szkoda tylko, że masażysta to był Rusek.
     -- Teraz wytrawimy sobie ząbka…
    Wieczorem w mieszkaniu zabrzęczała inna mucha. Zygmunt zgasił światło, więc bez namysłu poleciała ku jasności telewizora, przywarła do ekranu i pozostała nieruchomo na szklanym nosie prezenterki.
     Dawne wieczory brzmiały i wyglądały inaczej. Wtedy gwiazdy były wyżej. Wielki Wóz majestatycznie przetaczał się nad dachem supersamu, a księżyc podświetlał dym walący z komina osiedlowej kotłowni. Wiatr pędził ciemne kłęby dymu nad dachami bloków, mieszał je z chmurami. Wsiąkały w mrok. Okna nie krzyczały muzyką – powszechnie brakowało tak zwanego nagłośnienia, za to zewsząd dobiegały dziecięce głosy. Na trzepaku ciemnobrązowy dywan rytmicznie i cierpliwie odnotowywał razy zmęczonej ręki. Matki, wychylone z okien, nawoływały na kolację, dzieci bawiły się jeszcze w kryjówkę. Popularna była instytucja niani, dziewczyny ze wsi, która zawsze spała na rozkładanym łóżku w kuchni, a na spacery chodziła z dziećmi na plac zabaw. Wieczorna cisza niosła odgłosy kuchennych rozmów, czasem ktoś krzyknął, to znów głośnym echem rozbiła się szklanka. Sygnał dziennika dobiegał równocześnie ze wszystkich stron, bo program szedł wszędzie ten sam. Parking pod oknami świecił pustkami.  Gdy zaterkotał rozrusznik silnika, biegło się do okna zobaczyć, kto odjeżdża. Okna mieszkań dawały mniej kolorów. Wieczorami z każdego sączył się zaledwie chłodny niebieski poblask, a zasłony bywały jakoś jednakowe: białe lub szare.  Drzewa, dużo niższe, nie przesłaniały dolnych pięter bloku naprzeciwko, pozwalały na leniwą obserwację rodzinnych rytuałów ludzi pracy. Śmietnik nieobudowany, niezadaszony, prężący się szpalerem blaszanych pojemników, każdy z okrągłym wielkim kapslem na głowie, także służył jako miejsce kryjówki. Ile tam kłębiło się czarnych, brzęczących much!
     Teraz niebo opadło, zacieśniło horyzont. Bloki z ludźmi małymi jak mrówki znalazły się nagle w przezroczystej kuli, niczym rybki w szklanym akwarium-globusie w witrynie sklepu zoologicznego niczym różaniec babci zamknięty w szkaplerzu o kształcie muszli. Babcia trzymała go w szufladzie ze starymi listami i nie pozwalała do niego zaglądać. Czterdzieści lat później świat stał się mniejszy, zaznaczył swoje granice, skurczył horyzont, zmienił perspektywę. Otwarta przestrzeń zwarła się, zbiła wszystko w cywilizacyjną gęstwinę. Komin już dawno nie dymi, gdyż w budynku kotłowni otworzono „Krainę zabaw dziecięcych” i prywatną cukiernię. Supersam stał się salonem samochodowym, a we wnęce należącej kiedyś do kiosku ruchu usadowił się opasły bankomat. Rozchwierutany trzepak i zdezelowane ławki ustąpiły miejsca nowym, solidnym metaloplastycznym konstrukcjom. Nianie ze wsi odeszły w zapomnienie, teraz wyjeżdżają na Wyspy Brytyjskie, zarabiają twardą walutę i randkują z Angolami. Pawilon usługowy nie razi już surowością pustaków i wyszczerbionymi schodami. Nie jest tak nieprzystępny i bezbarwny jak dawniej. Przyszedł do klientów, postanowił spełnić ich oczekiwania. Gościnnie rozświetlił witryny, rozbłysnął kasetonami, otoczył się kolorowymi rabatami kwiatów. Latarnie, neony i światła samochodów rozjaśniły osiedle, wydobyły z wieczornego mroku to, co kiedyś skrywała tajemnica ubogiego niedomówienia. To przecież było tak niedawno. U nich nie było niani, za to bywała Wiesiowa. Wpatrzony w mrok nocy znalazł obrazy tak wyraziste, że odruchowo spojrzał nawet w kąt, gdzie wtedy stało łóżko babci.
     W zamku znajomo zazgrzytał klucz i babcia przerwała lekturę. Odruchowo poprawiła włosy. Okulary w złotej oprawce same przesunęły się na koniec nosa. Kołdrę wygładziła jednym szybkim ruchem, a pożółkłe listy odłożyła na krawędź łóżka.
     – Zygmuś, otwórz Wiesiowej! – Głos miała nadzwyczaj donośny, a ton nie znoszący sprzeciwu.
     „Przed wojną z babci to musiała być groźna nauczycielka”, przemknęło Zygmusiowi przez głowę.
     Podbiegł do drzwi, ale Wiesiowa zdążyła już wcześniej otworzyć zamek i zaczęła wpychać do mieszkania swoje duże ciało wraz z pękatymi siatami pełnymi zakupów. Siatki były te co zwykle, nylonowe, z okami jak sieć, jedna biała, a druga niebieska. Zygmuś wolał tę niebieską, bo przypominała mu kolor oceanu z pocztówki od taty.
     Tak jak dobiegł do drzwi, tak szybko odskoczył, robiąc gwałtowny w tył zwrot. Z tego pośpiechu zapomniał wstrzymać oddech! Rzucił krótkie „dzień dobry, pani Wiesiowa” i pośpiesznie odwrócił głowę w bok, wstrzymując powietrze, aby za moment z ulgą zaczerpnąć go do woli w nieskażonej obcym zapachem przestrzeni swojego pokoju. 
     Wiesiowa, całkiem nieświadoma, jakie uniki można stosować, aby nie poczuć jej zapachu, zamaszyście wtaszczyła zakupy do kuchni, otarła pot z czoła i, sapiąc, oparła się o framugę drzwi.
     – Pani Wincentyno, cielęcinkę piękną dostałam, ale cytryn już zabrakło. Sama w dwóch kolejkach nie dam rady, bo mam tylko dwie nogi. – Teraz Wiesiowa wyraźnie postanowiła skoncentrować się na swoich nogach i z troską w głosie kontynuowała, spoglądając w dół na potężne łydki. – Już mi obie wysiadają. Bolą od stania tak, że wieczorem to się muszę kłaść przed telewizorem, ani usiedzieć nie mogę.
     Zygmunt uchylił drzwi swojego pokoju, żeby nie uronić ani słowa i nie stracić z widoku nóg Wiesiowej, wychodzących niczym masywne słupy telegraficzne spod wyblakłej sukienki w olbrzymie kwieciste wzory. Były zadziwiająco grube i zawsze budziły niekłamane zainteresowanie Zygmunta, nie wypadało mu jednak gapić się na nie bezkarnie. Wiesiowa to „prosta, ale i bystra osóbka”, jak mawiała babcia, więc z pewnością szybko zauważyłaby niezdrowe spojrzenia Zygmunta. Patrzył więc z ukrycia przez wąską szparę w niedomkniętych drzwiach na jej nieszczęsne nogi: grube i równe jak dwa walce, bez odrobiny wcięcia w miejscu, gdzie normalnie łydka powinna choć trochę zwężać się ku dołowi. Kobieta pokazywała je bezwstydnie, unosząc raz jedną, raz drugą do góry, a Zygmuś tylko kręcił głową. Gdy tak nimi poruszała, mógł się tylko domyślać, że powietrze robiło się jeszcze bardziej nieświeże. Zamknął drzwi z powrotem. Znowu będzie musiał wietrzyć całe mieszkanie, a babcia znowu będzie narzekała na przeciąg.

 

* * *

 

     Zacharczał niecierpliwy klakson, pośpiesznie odpowiedział mu drugi. Złośliwie przekrzykiwały się w ulicznym zgiełku, za pobielonym oknem gabinetu. Jednocześnie zaskrzeczała stara pani doktor, zaglądając Zygmuntowi do oka.
     – Dobrze, że pan nie zwlekał. Założymy panu dzisiaj książeczkę jaskrową.
     Zabrzmiało jak kartki żywnościowe, jak bony towarowe, jak kredyt dla młodych małżeństw. Albo jak szkolna książeczka oszczędnościowa, książeczka PCK, książeczka wiewióreczki, którą Zygmunt otrzymał w pierwszej klasie, żeby pamiętać, że co wieczór należy myć zęby. Jak książeczka walutowa, z której skąpym wkładem wyjechał kiedyś do Austrii i potem przymierał głodem, lub książeczka mieszkaniowa, którą niecierpliwie zlikwidował, wymieniając ją na gotówkę. Jak książeczka ZSMP, książeczka Mao, czerwona książeczka jakiegoś innego zaangażowanego członka. Ubogi relikt socjalizmu, wspomnienie tłustej kiełbasy owiniętej w gazetę marnej jakości. Tandetny papier, brak koloru, niewyraźne zdjęcia. Podstarzała pani doktor, dobrodusznie zachwalająca dożywotnią książeczkę, nieoczekiwanie przywołała wspomnienie owej prasy. W sobotnim wydaniu „Echa Krakowa”, w lewym dolnym rogu zawsze jakiś kociak: modelka na wybiegu ze swoim nonszalanckim projektantem, znana piosenkarka na festiwalu ze złotą płytą, aktorka ze statuetką, miss jakiegoś kraju przepasana szarfą, z diademem strojnie ulokowanym na głowie, jakaś Szewińska ze sztafetą albo słynna księżna z noworodkiem na ręku w pałacowym oknie. Zdjęcie w dawnym „Echu” na podłym papierze, ledwo widoczne, więc wszyscy wpatrują się w to sobotnie wydanie i próbują wydobyć z gruboziarnistej fotografii ponętne rysy twarzy owego kociaka. Wypatrują oczy aż do załzawienia, choć przecież nie z jaskry te wszystkie mokre oczy, jak zdiagnozowałaby doświadczona okulistka.
     „Kociak” – mówili faceci wywodzący się z pokolenia znanego krakowskiego tygodnika. Ilustrowanego. Rozrywkowo-literackiego. W jego pierwotnym kształcie i zamyśle. Przewrotnym, awangardowym. Byli jego czytelnikami, fanatykami, współpracownikami. Tygodnik otwierał okno na świat i wietrzył umysły. Przekrawał w poprzek niepokorne mózgi z tej strony żelaznej kurtyny. Odkładany w kioskach ruchu do teczek. W domu rozcinało się go kuchennym nożem, czasem zabytkowym, ocalonym, rodowym nożem do otwierania listów. Prasowa arystokracja. Co tydzień opowiadanie „z Zachodu”. Do przeczytania w jedyne pięć minut. Inteligentna gra z cenzurą. Humor zeszytów, ale nie tylko szkolnych, jakiś tam inspektor z jednym okiem, profesor Filutek, ptaki-dziwaki, krzyżówka z kociakiem (o właśnie!), myśli Fafika, czar czterech kółek. Moda także „zachodnia”, własna płócienna, nieco zgrzebna kolekcja w Domach Centrum.   Takie to były sprytne przykrywki. W kolorowych ramkach aforyzmy, haiku, psie myśli dla ludzi. Bez sztampy, schematu. Jeśli z banałem, to dla niepoznaki. Nie na darmo pies był przez długi czas pełnoprawnym członkiem redakcji. Na okładce delikatne surrealistyczne linie, dopieszczone ręką i piórkiem grafika z długą brodą. Nakreślone tak finezyjnie, że nasuwały podejrzenia wysilonej hektycznej pracy pod szkłem powiększającym. Starem przez Saharę, maluchem przez Amerykę, Demokratyczny savoir-vivre, Echa z Piwnicy, Pola Raksa nie pali i ma rację, a fajka mniej szkodzi, Katalog Duchów Polskich. Inne hasła były ukryte. Te najważniejsze.
     – Proszę cały czas patrzeć w światło, panie Zygmuncie. Jeszcze chwileczkę. Tak… są wysycenia barwnikowe. Ma pan barwnikową, najrzadszą odmianę. Bardzo szeroki kąt przesączania. Tak… niezwykle szeroki.
     „Rozmodlony” był kiedyś jednym z filarów tygodnika. Coś go w życiu doświadczyło, więc na słomiance nad jego ascetycznym łóżkiem, najpierw czytało się Bóg (dużymi literami na kartce papieru), a potem dopiero pozostałe punkty. Jeśli w ogóle udało się odczytać cokolwiek z histerycznie rozchwierutanych liter.  Rozmodlony miał, według naczelnego, roześmianą kreskę. Rysował niedbale, lekko i śmiało. Kwadratowe masy ludzkie, zblokowane wokół centralnej myśli rysunku, miały porażać geometryczną multiplikacją. Grupy ludzkie, figury, linie złożone w proste graficzne układy. Podobnie jego wiersze. Drażniły nachalnymi powtórzeniami. Natrętnie mierzyły metry, odkreślały dni, odliczały milicjantów i robotników. Udowadniały, że wystarczy prosty, być może banalny pomysł przystrojony w chwytliwą ideę, by coś wielkościowo okrzyknąć stylem. Ba, nawet geniuszem. Prawie głos pokolenia. Rozmodlony zaczął być rozpoznawalny na krakowskich ulicach. Liczyło się podać mu dłoń, nadawało szyku napić się z nim przy ubogim szynkwasie „u plastyków”, rajcowało wspólnie klęknąć, luzacko, acz bogobojnie, po niedzielny sakrament albo stanąć obok w kolejce do spożywczaka. O ile on kiedykolwiek stawał w kolejce. Jadał chleb ze smalcem i różowe napoleonki, a pił tanie wino. Ci, którzy wpadali do niego na wieczorne zaangażowane spotkania, w miarę swoich możliwości zasilali skromne kawalerskie zapasy: przynosili jabola, śliwki z opuszczonego sadu, babciny sok do wódki, cytrynę do herbaty, zaoszczędzoną kanapkę, szczyptę kawy. W hipnotycznym mieszkanku na ostatnim piętrze bywali jacyś odrealnieni młodzi: przyjaciele, znajomi i znajomi znajomych, a nawet nieznajomi. Niedoszli kapłani, niespełnieni artyści, wrogowie wojny w Wietnamie, wrażliwcy urlopowani z Kobierzyna, zamaskowani konfidenci z przetrąconym kręgosłupem, zakonspirowani początkujący partyjniacy, córka komendanta milicji, a nawet syn murzyńskiego króla studiujący odlewnictwo.
     Nad ranem Rozmodlony wyrzucał do zsypu puste butelki i troskliwie przykrywał swoim jedynym kocem dzieci kwiaty, które w uścisku odpływały na jego domowym materacu. Nierzadko przygrywał na gitarze do mszy bigbitowej pewnemu nowohuckiemu księdzu, chodzącemu w trampkach i w teksasach. Jednemu uciekinierowi z komsomolskiej wycieczki – młodemu zdesperowanemu Rosjaninowi o bezkompromisowym wejrzeniu nieugiętego rewolucjonisty – załatwił kąt do spania za ołtarzem u karmelitów. Rozmodlonego ceniło się za odwagę. W domach kultury udowadniał, iż hasło „nastolatki nie lubią wierszy” jest zgoła fałszywe, w akademikach uświadamiał, że trzydzieści lat wcześniej naród otrzymał cios w plecy. Głośno śpiewał „wolność to owoc, który tylko wolny człowiek spożywa”, jeszcze natrętniej wymawiał słowo „Katyń”. Ale chodzili za nim i przysiadali się do niego nie tylko naśladowcy. Nachodzącym go ubekom tłumaczył, co to Bóg, głód i ojczyzna. Potem dostawał na placu Szczepańskim po nerkach i po piętach. Tak sobie Rozmodlony zarządzał zasobami ludzkimi. W życiu i na papierze. Prawdę mówiąc, były to zasoby na poły ludzkie, na poły anielskie, a gdyby istniała jeszcze „trzecia połówka”, to powinna nosić jakiś odrealniony hipisowski epitet. A Rozmodlonym zarządzały zasoby klerykalne i ubeckie, choć on sam o tym nie wiedział. Rozmodlony nadal żyje, być może w przerwie między pacierzami kreśli jakieś geometryczne formy na nocnym stoliku, ale faktycznie umarł już jakiś czas temu, wraz z koncepcją tygodnika i ideologią tamtych lat.
     Zabolało, gdyż pani doktor bezlitośnie przejechała po gałce ocznej. Trudno, jaskra to jaskra. Czytać wiersze Rozmodlonego można nawet z jaskrą, bo niekiedy sto wersów wygląda tam identycznie. Byle zauważyć na końcu subtelną puentę. W sto pierwszym. Kwadratowe mikołaje też zasmakują, nawet zlizywane oczyma z jaskrowym ciśnieniem rozsadzającym gałki. Geometryczne powtórzenia biją w oczy, nawet gdy pole widzenia jest najmarniejsze z najwęższych.  Zmasowane anioły – jeden w drugim, drugi wyrasta z trzeciego, i dalej jeszcze następny, a wokół sto identycznych – wszystkie zbite w ciasny kwadrat prą do przodu zwartym orszakiem. Kwadratowy diabełek z widłami ucieka, odwracając się z trwogą. Geometria Rozmodlonego była wyrazista jak okna bloku na nowohuckim osiedlu, jak fabryczny apel w rocznicę rewolucji, skwadraciałe fotografie partyjnych kandydatów na plakacie wyborczym, jak pochód pierwszomajowy, jak dzieci w chałatach z wykrochmalonymi kołnierzykami, na korytarzu podczas przerwy, jak orkiestra wojskowa z puzonami, roztańczone dożynki na stadionie, jak zmasowany atak oddziału ZOMO z garniturem przezroczystych tarcz. Kwadratowe jaja do kwadratu. Zaangażowane, ironiczne, złośliwe. Niektórzy twierdzili, że wypadły kwadratowej kurze spod ogona.
     Zygmunt poznał Rozmodlonego w późnych czasach studenckich. Tamten głośno uświadamiał naród o bolszewickich zbrodniach. Już nie był artystycznym guru. Babrał się w patriotycznej historii. Dając świadectwo męczeństwa w ośrodkach internowania, niemal pokazywał stygmaty. Zygmunt znał go z okresu dawnej artystycznej i towarzyskiej świetności z… opowiadań, które przyswoił sobie, pracując w tygodniku. W Collegium Novum w latach osiemdziesiątych zobaczył już tylko przytłoczonego ciężarem razów komunistycznego systemu, siwego, wymęczonego bojownika. Skurczonego we dwoje (jak ów dziad z dziecięcej bajki). Zmiętego i wyświechtanego jak jego patriotyczne odezwy do narodu. Z ziemistą twarzą przeoraną bruzdami ze wschodu na zachód i z południa na północ.
     Nie ma już kociaków. Wyhodowały podwójne podbródki, w oczach noszą grube soczewki, na głowie białą aureolę odrostów, ciągną za sobą kulasy jak kalafiory. Tyle zostało z ich ponętnych lat epoki gomułkowsko-gierkowskiej. Z marną emeryturą ledwo dodreptują po aptekarsku do pierwszego. Teraz za to są „laski”. Czechizm, niezrozumiały lingwistyczny nowotwór lub inny twór o tajemniczej słowotwórczej genezie. Obcokrajowcom tłumaczy się, też ze łzami w oczach, ale tym razem ze śmiechu, jak się laskę robi i co to znaczy chodzić z laską. Na przykład do łóżka. I to jest bardzo śmieszne.
     – Będzie pan w tej książeczce miał wszystko: terminy kolejnych kontroli, wyniki pomiarów ciśnienia w oczach, pola widzenia, oceny badania nerwu wzrokowego, zmiany dioptrii w obydwu oczach, bo się z czasem z pewnością wzrok pogorszy – delektowała się okulistka, wydając wyuczone na pamięć skrzeki i kontynuując wyliczankę tego, w co będzie obrastała książeczka Zygmunta.
     Poczuł się skazany, napiętnowany, jak chudy brodaty narkoman w ośrodku dla nosicieli. Telewizyjne reportaże zawsze wybierają takiego właśnie Chrystusa i drobiazgowo przedstawiają jego martyrologię. Ewentualnie jego żeńską alternatywę – dziewczynę w poncho z pryszczami na twarzy i włosami spiętymi w indiański lub koński ogon. Malutka stabilizacja na koniec dni. Prawe, dobrotliwe państwo. Empatyczna opieka. Siermiężny spokój w odosobnieniu. Szyby, powybijane po mszy przez napitych wyrostków, pieczołowicie zatkane dyktą. Potulnie. Z rezygnacją. Kamera wydobywa skąpo umeblowany pokój, sofę z kraciastą narzutą. To sala spotkań. Tu siedzą w kucki i udzielają sobie nawzajem wsparcia. Wąskie piętrowe łóżko w nieoświetlonej, wieloosobowej sypialni.  Opiekuńcza, gruba pani psycholog podaje rękę zakażonym. Udowadnia, że się nie boi. Przytulność rozpaczliwa, dostojna swą prostotą i czystością idei. Chrystus przestał ćpać i zrozumiał, na czym polega godne życie. „Gdyby nie ci wieśniacy z transparentami. Ale my im wybaczamy. Sami hodujemy sobie roślinki do jedzenia. Wszystko własną pracą. Dzieci są z nami, nie wszystkie są zarażone. Po zakupy do wsi chodzi pani psycholog, nas tam nie chcą oglądać. Chleb śrutowy pieką co dwa dni dziewczyny z piątego baraku. Ksiądz Marian dojeżdża w niedziele”.
     Doktor nauk medycznych odsunęła od twarzy Zygmunta wielki czarny aparat. Badanie skończone.
     – Jest pan od dziś pacjentem jaskrowym. Dostanie pan kropelki. Zaraz, gdzie ja mam recepty? Pan nie ma czasem kamicy? Nie, to dobrze, bo kropelek z blokerem byśmy nie mogli dać. Zaraz zobaczę, gdzie są te książeczki. – Kręciła się koło biurka, nie mogąc nic znaleźć.
     Od dziś jest jaskrowy. Brzmiało jak ranga, dystynkcja, awans. Poczuł się nominowany, mianowany, nazwany, nacechowany, naznaczony – słownik synonimów przewijał się przez głowę.
     – Kamicy woreczka czy nerek? – Zapytał, bo kiedyś zdiagnozowali mu rżnięte bóle gdzieś nad wątrobą.
     – Nie mówi się woreczek, a pęcherzyk żółciowy – skorygowała, patrząc znad okularów w jego jaskrowe oczy – O, jest tu jedna książeczka. Będzie pan ją nosił na każde badanie w poradni jaskrowej.
     Słowo „jaskra” widział jak snop tryskających iskier, zielonkawych jak jad zielonego gada, wyciśnięty z rozwartej gardzieli, żółtych jak bożonarodzeniowe sztuczne ognie, strzelające we wszystkich kierunkach. A w środku jasna kula, rozgrzana do białości. To litery „s” i „k” przechodziły z żółci w biel, a potem w przezroczystość. Niby z przegrzania. Wstrętna to choroba z takim strzelającym jadoogniem. Jak wirus w powiększeniu, jak kolczasta bakteria w kolorowym magazynie dla sadystycznych medyków.
     – Boli oko.
     – Pewnie, że boli. Miał pan przecież gonioskopię. I to dwukrotnie.
     – To cichy zabójca?
     – Co takiego? Jaskra? Cichy zabójca to cholesterol. Albo tlenek węgla.
     – A współczesny morderca?
     – To z kolei miażdżyca – odpowiedziała jak automat, błyskawicznie otwierając odpowiednią szufladkę w swoim płacie skroniowym.
     – A ja myślałem, że ten… współczesny morderca to cukrzyca.
     – Płynny miód? – zaśmiała się. – Wszystko się panu poplątało. Cukrzyca to słodka śmierć. A rak jelita to leniwa śmierć, bo rośnie powoli, latami. Jest jeszcze biała śmierć, jest małpi interes, inaczej zwany AIDS, są dziurawe kości, jest też najbardziej męska śmierć…
     – Nie chcę o tym wiedzieć.
     – A cóż się pan tak boi? Pan Bóg kule nosi. – Przesunęła książeczkę w jego stronę.


Już w sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie «