PL / EN

    

      Serwer

 

     W południe mama z ciotką pojechały taksówką do Gnojna. Noc jak zwykle spędzą u Sercanek w gościnnej celi przy klasztornej bibliotece. Siostra Donata przez wzgląd na dawną znajomość za jedyne „Bóg zapłać” użyczy im skromnego pokoiku z umywalką, ascetycznymi meblami, dużym krzyżem zawieszonym nad drzwiami i malutkim okienkiem, przez które widać tylko niebo. Cela ta jest gościnna tylko z nazwy. Jeśli gościnność utożsamiać z leniwym komfortem, miękką wygodą i dostępnością współczesnych cudów techniki, klasztorny pokoik można by nazwać raczej karcerem czy smutnym miejscem zesłania. Głód nagich ścian, więzienny chłód starych murów. Samotnia wołająca o celibat, pustelnia wychwalająca ubóstwo. Skąpość wyposażenia i alienacja od świata dają prawdziwe pole do popisu dla pamięci i wyobraźni. I tych cech w owej ciasnej celi pewnie każdemu z jej mieszkańców przybywa. Czy zakonnice mają dobrze rozwiniętą i bujną wyobraźnię? Antoni dobrze zna ten kamienny boks ze zbitym z desek łóżkiem, bo nieraz, jeszcze jako nastolatek, brał udział w wyprawach do Mistrza. Leżąc na twardym łożu, wsłuchiwał się w dogasające wczesnym wieczorem lub budzące się o świcie klasztorne odgłosy: bicie dzwonu, zawodzenie modlitewnego śpiewu, szmer ukrywanych kroków, przytłumione zakonne głosy.  Wymyślał sobie na tym niewygodnym szezlongu różne historyjki, a to, że przebywa w greckiej wiosce, to znów w tybetańskiej świątyni, a to, że jest członkiem egzotycznej wyprawy badawczej lub uczestnikiem dalekiej afrykańskiej misji.
     Pewnego razu w nocy spadł z twardego łoża w owej celi. Matka nie omieszkała wspomnieć o tym siostrze Donacie przy wczesnym, postnym śniadaniu. 
     – Spadłeś, chłopcze, bo świat jest dla ciebie tajemnicą. Spadłeś z krawędzi w przepaść. Pewnie dla ciebie ten świat jest płaski. Więc spadłeś jak szklanka z blatu stołu. – Siostra Donata brzmiała jak Święta Inkwizycja.
     – Ale się nie rozbiłem – odciął się Antoś. – Ale chyba łatwiej upaść, kiedy zakręci się okrągła kula ziemska – dodał, kreśląc dłonią wymowne kółka nad swoją głową. Potem pomruczał pod nosem jeszcze coś o dewocyjnym zakręceniu, ale wzrokiem skarciła go matka, więc w porę ucichł.
     Mama i ciotka pewnie leżą teraz pod białym przykryciem i ze wzrokiem wbitym w ciemny sufit wznoszą się duchem ku niebu. No, a rankiem następnego dnia mama jest umówiona na indywidualny godzinny seans u Mistrza Dorobisza, wybitnego bioenergoterapeuty, „nieznanego szerzej jedynie dlatego, że przez swą wrodzoną skromność nie szuka ten szlachetny człowiek rozgłosu”. Mama, wychwalając pierwszorzędnego Mistrza, a robi to notorycznie, zawsze przyjmuje charakterystyczny, autorytarny ton, z powagą potakuje głową i groźnie unosi palec wskazujący, nadając w ten sposób swoim słowom specjalnego znaczenia.
     – Jakąż on ma siłę, chłopcze. Choć raz dałbyś się, Antosiu, namówić na wizytę w gnojeńskim klasztorze, a zobaczyłbyś, że wszystkie twoje strachy rozpierzchłyby się w mig, gdzieś tam hen, na góry, na lasy.
     Słowa te Antoni zna prawie na pamięć. Wypowiadając je, mama ma zwyczaj zataczać ręką szeroki krąg, jakby sugerowała, że za oknem ich osiedlowego mieszkania można podziwiać malownicze górskie pejzaże.
     Wracając taksówką pana Seweryna, mama i ciotka znów przywiozą niezliczone butle naenergetyzowanej wody źródlanej, lecznicze woreczki ze specjalną gryką, zioła do zaparzania i uzdrawiające aromatyczne świece, które pali się tylko w piątki o siódmej wieczór. Dokładnie tak, aby uniemożliwić Antoniemu śledzenie głównego wydania Wiadomości TVN. Dlatego w piątki zawsze ogląda Panoramę w dużo późniejszej porze, na Dwójce lub na kanale dla Polonii. Ceregiele z tymi świecami, bo nie można się wtedy swobodnie poruszać po domu, a ciotka zżyma się nawet na dźwięk pikającego ciśnieniomierza Antoniego. Że też matka sprowadziła do domu taką dziwaczkę! Jakby trzeci pokój, tak pełen wspomnień, nie mógł pozostać na zawsze pusty.
     Wyjeżdżając do Mistrza Dorobisza, obie kobiety przykazały Antoniemu, żeby zwracał baczną uwagę na mieszkanie, zwłaszcza gdyby szczekał pies sąsiadów, a także, aby pod żadnym pozorem nie odbierał telefonów. Najbliższy pies mieszkał piętro niżej i rozmawiał ze swoją panią niemal cały czas, i szczekał w dwójnasób, gdy pan wracał z pracy. Jego ujadanie nie wzbudzało niczyjej czujności, a już z pewnością nie mogło stanowić wiarygodnego sygnału ostrzegawczego. Antoni podejrzewał, że wzmianki o psie to podświadoma reminiscencja dawnych czasów, gdy mama mieszkała z rodzicami w podmiejskim domku, pilnowanym przez łańcuchowego wilczura, którego dziadek ponoć wytresował na „złego psa”. 
     – Złe licho to każde drzwi sforsuje, wiesz przecież – upominała matka.
     Ich drzwi były antywłamaniowe, chciałoby się powiedzieć – „pancerne”. A mimo to zatrwożona wyobraźnia uporczywie podpowiadała matce sceny ze zorganizowaną grupą włamywaczy w roli głównej. W kominiarkach, z superwytrychem i skłonnością do popełniania zbiorowego mordu. Stare paździerzowe drzwi, pierwotne wyposażenie blokowych mieszkań, jeszcze ojciec zastąpił solidną konstrukcją z przeciwwłamaniowymi kołkami i dobrymi zamkami, ale później mama dołożyła dwa dodatkowe zamki patentowe. Nie dziwota, po tym, co się z Kazkiem wydarzyło. Byli więc uzbrojeni w cztery zamki, które od strony klatki schodowej wyglądały jak cztery wielkie, okrągłe guziki na brzuchu brązowej, drewnopodobnej okleiny. Ale Antoni drzwi wejściowych z zewnątrz od dawna nie widział.
     – Zło czai się wszędzie – brzmiało jak tytuł thrillera, a było tylko codziennie wysławianą trwożną prawdą, wyrazem troski matki o losy świata. A zwłaszcza o Antosia. – Tak, mój biedny Antosiu, trzeba uważać na każdym kroku. – W tej przepełnionej lękiem wypowiedzi zawierała się cała matczyność.
     Każdy krok stawiał więc z rozwagą.
     – Widzisz, synku, jak nas niewdzięczny los doświadcza, jak się z nami okrutnie obchodzi. – Wyrzekanie na los i wyzywanie go od najgorszych miało usprawiedliwiać smutne oczy i rozczarowane kąciki ust. W takich razach matka spoglądała prosto w oczy Antoniego, jakby chciała zajrzeć do jego wnętrza i spytać, czy już zaprzyjaźnił się ze złośliwym losem. On zaś wierzył, że jej mokre, wnikliwe spojrzenie mogłoby dostrzec górny pułap pokładów jego lęku.
     Mama i ciotka na małych kolorowych karteczkach skrupulatnie opisały talerze z gotowymi daniami, pozostawione dla niego w lodówce. Sałatka, zwana włoską, śledź w jabłku, pierożki z cielęcinką. Niezliczoną ilość razy apelowały o daleko idącą ostrożność podczas podgrzewania posiłków w mikrofalówce. Ciotka, jak zwykle, cytowała wyniki pewnych badań ustalających zasięg szkodliwego promieniowania kuchenki aż na dwa metry.
     – Licho nie śpi, Antosiu, oj, nie śpi – powtarzała mama na odchodnym, żegnając go znakiem krzyża, podczas gdy ciotka położyła na czole Antoniego swoją gorącą dłoń, jakby chciała mu na ten trudny dzień dodać energii. Nie znosił, jak nazywały go Antosiem. A Antosiem był dla nich niezmiennie, od z górą trzydziestu lat!
     Po wieczornej kąpieli Antoni w miękkim szlafroku skończył kolejny projekt. Sprawdził jeszcze pocztę internetową i wyłączył komputer. Cichy, jednostajny szum, towarzyszący mu przez cały dzień, ucichł i jednocześnie zgasła czerwona dioda na listwie. Odsłonił kołdrę i podniósł poduszki, by sprawdzić, czy w ciągu dnia w jego łóżku nie zamieszkał czasem jakiś pająk. Biel pościeli była nieskazitelna. Ani śladu nieproszonych gości. Wyłączył światło i udał się na spoczynek.
     W ciszy i skupieniu leżał w łóżku na wznak, szczelnie przykryty kołdrą, ze starannie i równo narzuconym na nią kocem. Trzy poduszki i stary zagłówek ojca sprawiały, że głowa Antoniego spoczywała zdecydowanie zbyt wysoko, znacznie wyżej niż reszta ciała. Stąd, zdaniem doktora Lebiody, bóle kręgosłupa szyjnego, ale inaczej Antoni nie zdołałby usnąć.
     – Cały ojciec – wzdychała zawsze matka. – Siedzi w łóżku, zamiast się położyć jak człowiek. Kazek też zresztą był taki. Też lubił mieć wysoko…
     Sufit tonął w mroku, a Antoni tonął w miękkiej, puchowej pościeli. Mama i ciotka zapewne już pogrążone w uduchowionym śnie. A on w wygodnym, ciepłym azylu. Nasyconym znanym bezpieczeństwem. W pokoju panowała niczym niezmącona cisza, ale Antoniemu znacznie trudniej było usnąć niż zazwyczaj. Wpatrywał się w odblask, jaki uliczne latarnie rzucały na grubą zasłonę w oknie. Cieszył się, że był u siebie, ale jednak czuł się dość nieswojo.  Niespodziewanie obie opiekunki wystawiły go przecież na nie lada próbę. Na dzień, kiedy będą nieobecne, a więc na jutro, przypada bowiem wizyta Frani z Pcimia. Frania co dwa tygodnie sprząta całe mieszkanie. Od siódmej rano do szóstej wieczór. Najdalej do szóstej dziesięć. Zagląda w tym czasie w każdy kąt, przesuwa meble z miejsca na miejsce, byle tylko znaleźć wszystkie pyłki, śmieci i ukrywające się po kątach „koty”. Niepotrzebnie wypłasza pająki, na co dzień niewidoczne. Hałasuje odkurzaczem, wciąż przekłada książki, fotografie, pamiątki, miesza papiery. Jest w tym doprawdy nieznośna. Antoni wścieka się, gdy musi potem oddzielać wypracowania z angielskiego od wydruków artykułów popularnonaukowych, a swoje projekty stron internetowych od gotowych, finalnych wersji. Po wizycie Frani tygodniki ilustrowane znajdują się nieoczekiwanie pomiędzy codziennymi gazetami – „Przekrój” i „Wprost” tam, gdzie „Tygodnik Powszechny”, a „Newsweek” i „National Geographic” poprzekładane rocznikami przedwojennego „Światowida”. Kasety z medytacjami i płyty z papieskimi przemówieniami odnajdują się nagle gdzieś wśród starych nagrań z głosem ojca, takich jak na przykład wzruszająca wigilijna mowa taty sprzed dziesięciu lat. Ciotka łagodnie określa ten bezmyślny bałagan Frani słowami „mirsz marsz”. Antoni spędzi cały dzień z poczuciem odpowiedzialności, którą przyjdzie mu dźwigać jako jedynemu gospodarzowi domu. Tak więc będzie tu sam, gdy pojawi się Frania. O siódmej rano. No, może kwadrans po. Szczęśliwie się składa, że to nieparzysta godzina.
     Pośpiesznie przejechał palcami po włosach, sprawdzając, czy przedziałek z boku trzyma się w miarę dobrze. Niecierpliwie zerknął na fosforyzujące w ciemności wskazówki zegarka. Zbliżała się północ. Sen powinien już nadejść. Jeśli nie owładnie nim w ciągu najbliższych dziesięciu minut, trzeba będzie świecić światło, mierzyć ciśnienie, uzupełniać wykres o krzywą samopoczucia i wziąć jedną ósmą aspiryny. Przez beztroskie, długie ślęczenie nad najnowszym projektem niepostrzeżenie nieomal wszedł na następną parzystą godzinę! Czysta głupota! Nie bardzo chciało mu się wstawać, ale jeśli zaraz nie zaśnie, nie będzie wyjścia. Zaczął przebierać palcami lewej ręki, bo poczuł wyraźnie, że znowu nadchodzi uczucie sklejania się palców. W prawej dłoni też narastało nieprzyjemne wrażenie tworzenia się lepkiej błony. Energicznie poruszył więc palcami obu rąk i prędko przypomniał sobie kojące słowa z kasety Dorobisza: „Ręce i nogi niech będą ciężkimi, nieruchomymi. Niech wypoczywają. Niech myśli układają się w jakiś senny korowód leniwie płynących skojarzeń. Zmęczenie oczu niech narasta, ciężarem i pieczeniem powiek, coraz węższą szparą pomiędzy nimi”. Od razu poczuł wyraźny ciężar rąk i nóg. Powieki też zrobiły się znacznie cięższe. Czekał na sen. Sen był tuż tuż, ale Antoni nagle rozbudził się ponownie.  Z przerażającą jasnością umysłu uświadomił sobie bowiem, że Frania w tej chwili już z pewnością śpi. Oporządziła zwierzęta, dzieci wysłała do łóżek, mąż pijany gdzieś w kącie albo w rowie przy drodze. Za piecem odcedza się twaróg.  Śmietana, jajeczka i osełka świeżego masła już spakowane w koszyku, a jabłka wypełniają po brzegi wielką kraciastą torbę. Ona już dawno śpi. Za cztery godziny obudzi się, szarzejącym świtem przemknie z tobołkami pomiędzy zagrodami na główną drogę, a stamtąd na przystanek autobusowy. Przesiadka w Myślenicach, dworzec w Krakowie. Tu będzie cierpliwie czekać na dziesiątkę. Dziesiątką na wysokość dawnej pętli tramwajowej, teraz zamienionej na biuro ofert last minute, po drodze piekarnia Banasia, potem dziarsko pomiędzy blokami, całą długością osiedlowej ulicy, równie żwawo na trzecie piętro i o siódmej charakterystyczny dzwonek do drzwi. No, może dziesięć po siódmej. To już niebawem, zaniepokoił się Antoni.
     Sen nie spływał. Sekwencja wizji, zamiast zajść mgłą, wyostrzała się i nieubłaganie przywracała go do realnego świata. Trzeba spać, bo siedem godzin, jak mawia doktor Lebioda, to absolutne minimum. Antoni jeszcze raz szybko sprawdził przedziałek i ponownie przywołał słowa Mistrza z kasety: „Pozwól, by nadeszła senność, ciążeniem i opadaniem powiek, coraz węższą szparą pomiędzy nimi”. Powieki zaczęły ciążyć, a nawet piec. Zawilgotniały kącik lewego oka trochę przeszkadzał, ale senność zawładnęła nim już na dobre. Myśli były tak leniwe, że zaczął powoli tracić samokontrolę. Niepostrzeżenie nadchodziła ta graniczna chwila, kiedy całkowicie zapada się w sen.
     Zegar w dużym pokoju zaczął majestatycznie wybijać dwunastą. Antoni westchnął głęboko, z rezygnacją. Znowu powrócił do stanu kompletnego wybudzenia. W ciągu parzystej godziny czuwania musi przecież dokonać zapisu.  Zapalił lampkę nocną. Zegarek wskazywał dwie minuty po dwunastej. Usiadł na łóżku, wziął do ręki ciśnieniomierz i zacisnął go na przegubie dłoni. Ciśnienie było niskie, jak to w nocy, ale puls – osiemdziesiąt cztery – zakrawał już na tachykardię. I to wszystko przez Franię! Sięgnął po leżącą obok tekturową teczkę z wykresami, uzupełnił wyniki pomiarów, a z samopoczucia wystawił sobie minus dobry, coś pomiędzy cztery a trzy i pół. To była chyba adekwatna ocena.  Precyzyjnie poprowadził krzywą samopoczucia lekko w dół. Niepewnie zerknął na aspirynę, bo nieczęsto zażywał cokolwiek o tak później porze. Tym bardziej na pusty żołądek! Otworzył usta, żeby osuszyć zęby, a następnie odgryzł z tabletki dużo mniej niż jedną czwartą. Udało się. Pozostała część tabletki pozostała nadal sucha. Ocenił brakującą cząstkę aspiryny na jedną szóstą i tyle wpisał na osi odciętych nad godziną dwunastą. Aspirynę Bayera, tylko tę firmową, dawniej matka wynajdywała na Kleparzu u pani Stefy, emerytowanej pielęgniarki, która otrzymywała stałe dostawy tabletek od syna z Wiednia. Raz na cztery tygodnie, a dokładnie w ostatni piątek miesiąca przynosiła plon owej skomplikowanej, tajnej transakcji i z triumfem w oczach i wargami niezmiennie układającymi się w wypowiadany wyraz „oryginalne” wyciągała z reklamówki zdobycz – kilka zielonych opakowań z charakterystycznym logo. Teraz kupuje je w osiedlowej aptece. Gdyby ojciec brał tę „bajerinę”!
     Zgasił światło, położył się na wznak, naciągnął puchową kołdrę i wygładził koc. Wprawnym ruchem skontrolował przedziałek. Sen nie nadchodził. Bezwiednie wrócił do Frani. Jego wyobraźnia uparcie rozwijała wątek, który pobudzał kolejne obrazy, kazał myślom płynąć mniej leniwie. Nad Franią makatka z kroczącym Jezusem, powyżej ślubne zdjęcie o wypłowiałych kolorach. Piec już wystygł, drewniane ściany straszą trzaskami, w ciemności czają się niewidoczne pająki. Wciąż spała, a mąż z pewnością głośno chrapał. Dziecko zawołało przez sen, a kot leniwie przeciągnął się na dogasającej kuchni. Pies leżący na swoim miękkim legowisku zaskowyczał i bezwiednie poruszył ogonem. Ależ nie! Na wsi psa trzyma się na zewnątrz, a ciepłych tradycyjnych pieców, takich, jakie zapamiętał sobie sprzed dwudziestu lat, gdy jeździli do Frani całą rodziną jako letnicy, już dawno przecież nie ma. Ser odcedza się pewnie gdzieś w umywalce z kolorowymi kranami i bieżącą wodą, a pies skowyczy, wystawiając kudłaty łeb z otworu w lakierowanej budzie. Bacznie obserwuje obejście – pilnuje gospodarstwa. „Wierny góralski pies”, jak mawiał ojciec.
     Gdy ocknął się, była za pięć druga. Trzeba mieć pecha, żeby trafiać zawsze na parzystą godzinę! Znów pomiary – tabelka wzbogaciła się o kolejny centymetr wykresu. Jutro Zygmunt poprawi diagram, używając linijki, żeby wyglądało porządnie. Samopoczucie tym razem było na plus dobry, tak błogo czuł się, pozostając częściowo w marzeniach sennych, mając przed oczyma postać ojca i Kazka, którzy właśnie mu się przyśnili, na wspólnym letnim spacerze w stronę Turbacza. Tato w spodniach z Pedetu, w słomkowym kapelusiku, z nieodłączną wakacyjną drewnianą laseczką wystruganą przez gazdę. Kazek w sztruksach z Peweksu. Był w wieku, kiedy już trzeba się było liczyć z modą i na te sztruksy rodzina musiała odżałować parę dolarów. Antoś zaś, w krótkich spodenkach przerobionych z teksasów, z których już dawno wyrósł. Jeszcze tylko tylna kieszeń dodawała szyku. Tam, na kolorowej plakietce, pędził kowboj na koniu, zwinnie rzucający lassem. Antoś kroczył w pionierkach ze składnicy harcerskiej, rękę trzymał w dużej dłoni Kazka. Z Kazkiem czuł się bezpiecznie i dumnie – był to w końcu jego starszy brat. W chlebaku termos i kanapki przyrządzone przez mamę na poranną wyprawę. Pachnie wakacjami i czymś nieuchwytnym, czego już nie ma. Tymczasem Frania nadal śpi, pies w budzie też zmorzony prawami nocy, a twaróg już się dawno odcedził. Antoni zje jego pokaźny kawał na śniadanie, ze szczypiorkiem i świeżymi kajzereczkami, które Frania kupi po drodze w prywatnej piekarni koło pętli. Śniadanie popije dużym kubkiem gorącego kakao. Zje pod warunkiem, że będzie wyspany. W przeciwnym razie nici z apetytu i prawidłowego ciśnienia. A aspirynę też niedobrze łykać zbyt często na pusty żołądek, jak przestrzegał doktor.
     Ojciec musiał całe lata cierpieć na podwyższone ciśnienie, ale nie badał się jak trzeba. Zmarł na tętniaka serca w wieku zaledwie pięćdziesięciu sześciu lat. Matka wielokrotnie opowiadała, że pamiętnego dnia, jak gdyby nigdy nic, szykował się do biura. Tego obrzydliwie uwypuklającego się, już niepulsującego tętniaka ujawniła dopiero sekcja zwłok. Tato, jak co dzień, ogolił się starannie, zjadł jajko na bekonie, maślaną bułeczkę z wiejską szynką i na deser kawałek ulubionego makowca ze skórką pomarańczową. Jak zawsze wypił dwie małe białe kawy. Następnie włożył czarny wełniany płaszcz, a na głowę kaszkiet. W ostatniej chwili wziął ze sobą parasol, bo na zewnątrz była plucha. Ucałował w czoło mamę, gestem otwartej dłoni pozdrowił Kazka wychylającego się spod kołdry, upewnił się, co będzie na obiad i obiecał kupić gazety.
     Padł jak rażony piorunem, nie wydawszy jednego dźwięku, na deskę kreślarską, przewracając komputery i rozbijając w drobny mak szklano-plastikową makietę. W samo południe, w biurze architektonicznym, którego był dyrektorem. Gdy przybyło pogotowie, lekarzowi pozostało jedynie stwierdzić zgon. „Monitorować ciśnienie, panie Antoni, przeciwdziałać miażdżycy tętnic”, mawiał więc doktor Lebioda, pomny rodzinnej tragedii, a w szczególności negatywnego, traumatycznego efektu, jaki wydarzenia ostatnich lat wywarły na Antonim.
     Nie, to nie były miłe wspomnienia. Poruszył się na łóżku, poprawił poduszki i sprawdził przedziałek. Włosy były w zupełnym nieładzie. Widocznie nieopatrznie spał wcześniej na prawym boku. Dobrze, że na prawym, bo na lewym, na sercu spać niezdrowo. Wybił się już wystarczająco ze snu, więc decyzja o przyczesaniu się w łazience nie przyszła mu zbyt trudno. Aby znaleźć się w łazience, potrzebował dziewięciu kroków. W lustrze ujrzał zmęczoną, bladą twarz trzydziestolatka. Blada cera, wąskie zaciśnięte wargi. Wokół oczu pierwsze ledwo zauważalne ślady zmarszczek. Włosy lekko wypłowiałe, tracące barwę, gładko zaczesane. Sprawnie, jednym ruchem grzebienia przywrócił przedziałek. Włosy miał trochę rzadkie, po ojcu, przeciwnie niż Kazek, ale wystarczyło użyć właściwego szamponu z dodatkiem surowego jajka i już robiły się puszyste i mniej wypadały. Na koniec zawsze spłukiwał je gorącym wywarem z pokrzywy.
     Antoni przyjrzał się uważnie powierzchni umywalki, nad którą się czesał. Aż dwa włosy wypadły przy poprawianiu przedziałka. Zdjął je starannie z umywalki i wrzucił do kosza na śmieci. Ostatnio przy myciu głowy, we wtorek, było ich aż czterdzieści dziewięć, a może nawet pięćdziesiąt jeden, bo wychodząc z łazienki, znalazł wtedy jeszcze dwa przy samym progu – nie wiadomo jednak, czy z tego samego dnia. Nerwowo poruszył palcami, bo znowu poczuł między nimi lepką błonę. Westchnął głęboko, zgasił światło w łazience i ponownie spojrzał w odbicie. Lustro skryte w mroku zmiękczyło obraz, twarz wydawała się szlachetniejsza, owal łagodniejszy, a barwy pozostawały w domyśle. W tym lustrze uwięziony był od lat. W nim próbował przez oczy zaglądać do swojego wnętrza. Łatwiej było się do tego przymierzać o zmierzchu i o świcie, gdy oczy były przesłonięte cieniem, tak jak teraz, gdy zaledwie pierwsze smugi światła nieśmiało wkradały się przez okienko łazienki. Lustro w półmroku było mniej wymagające, pozostawiało miejsce dla wyobraźni. Westchnął ponownie i poczłapał w stronę łóżka. Tym razem osiem kroków.
     Długo leżał na wznak, przywołując słowa z kasety Mistrza Dorobisza: „…ciężarem powiek, z coraz mniejszą szparą pomiędzy nimi... ”. Sen jednak uparcie nie chciał nadejść. Z przerażeniem spostrzegł, że na zewnątrz robi się coraz jaśniej. Domyślał się, że Frania właśnie teraz wstaje, żeby na czas zdążyć na autobus. Pewnie myje się w miednicy... Nie, Frania ma bieżącą wodę, ale i tak pewnie się nie myje, przynajmniej rano. A może myje tylko ręce, gdy pobrudzą się od sera, który musiała już spakować.
     Leżał nieruchomo, wsłuchując się w odgłosy budzącego się do życia miasta. Nocny, cichy i miarowy oddech osiedla ustępował miejsca bezładnym, nieuporządkowanym dźwiękom. Ta asymetryczna kakofonia drażniła go. Tramwaje jeździły coraz głośniej, samochody coraz częściej. Wyraźnie szarzało.  Jeszcze piętnaście, dwadzieścia minut i zgasną latarnie.
     Gdy w salonie wybiła szósta, wiedział już, że minęła kolejna bezsenna noc.  Wykonał pomiar, zapisał wszystko skrupulatnie. Tym razem samopoczucie osiągnęło wartość najniższą od wielu dni – ledwie minus dostatecznie. Był wykończony, senność, gmatwanina myśli, nerwowe oczekiwanie na dzwonek przy bramce. Gdy już zadzwoniła, a było wtedy osiem minut po siódmej, z trudem wydobył się z puchowej miękkości. Był tak zmęczony, że zrobiło mu się ciemno przed oczyma i mało brakowało, a byłby się przewrócił, gdyby nie rura centralnego ogrzewania w przedpokoju, przebijająca w pionie cały blok, której się w ostatniej chwili uchwycił. W myśli odliczał kroki. Gdy doszedł do drzwi wejściowych, było ich czternaście. Odchylił ruchomą klapkę judasza. Frania, w kolorowej chuście, tradycyjnie przewiązanej pod brodą, z wypchanymi torbami w obydwu rękach, szczerzyła zęby do wizjera. Ciekawe, czy pamiętała o kajzerkach?
     – Swój. To ja, Frania – pośpieszyła z komentarzem, uprzedzając pytanie.
     Wierna, poczciwa Frania, pomna, że matka i ciotka zawsze dodatkowo dopytują: „Kto tam?”. Z intonacją podkręconą niedowierzającym lękiem. Pytają na wszelki wypadek. Żeby się upewnić. Szybko sprawdził przedziałek, rozczapierzył palce rąk i rozpoczął mozolne otwieranie czterech patentowych zamków.


 

Już w sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie « W sprzedaży » Recenzje i opinie «