JA (2)

JA (2)

A to drugie natręctwo, którego nazwy nie znam, a które polega na uprawianiu fotoreportażu dokumentującego ważniejsze momenty własnego życia, na utrwalaniu chwili, zwłaszcza tej spędzanej w dalekim i bardzo innym świecie? Gdyby każdy spisał spostrzeżenia i dylematy swojego życia, dekorując je bogato filmami i fotografiami, internet pękłby od milionów takich stron. I nikt by ich nie czytał. Mam nadzieję, że wyprzedzam wizję takiego śmietnika i że nie jestem „każdym”.

Ta strona powstała jako substytut spotkania ze mną: wspólnego ślęczenia nad albumami pełnymi zdjęć, snucia opowieści, których nikt uważnie nie słucha, gdyż słowa są ulotne, a tło rozprasza. Wchodząc na stronę, można zatrzymać się w ciszy. Skupić się. Nikt nie przerywa. Jest czas, by się wczytać, wpatrzeć. Czynność można powtórzyć, albo przeciwnie: kliknąć w krzyżyk i w sekundę zamknąć obrazy. I na tę stronę już nigdy nie wrócić. To przewaga zaprogramowanej strony nad spotkaniem przy wódce.

Idea stworzenia własnego gniazdka w internecie wyrosła z przekonania, że wy mnie jeszcze nie znacie. Wcale – i od pół wieku. Powierzchowne omiatanie wzrokiem, pośpieszne uśmiechy, dowcipy rzucane dla pokrycia rozpaczy. Spotkania, podczas których dużo się mówi, by niewiele potem pamiętać. Stereotypy codziennego mijania się, ze zdawkowym: „co u ciebie?”. To spłycenie relacji, alienacja, dehumanizacja. Sprowadzamy się do poziomu trotuaru, na którym spotkają się nasze buty, nigdy myśli i emocje. Szczelnie zamknięci w sobie, obwarowani, jakbyśmy odpierali oblężenie wroga.

To miejsce stwarza możliwość zakupu moich książek. Wszystkie składają się z liter i obrazów, bo zmysły się przenikają – widzimy i słyszymy litery, czytamy kolorowe zdjęcia. Choć, co oczywiste, odwrotne są proporcje tworzywa literackiego i grafiki w powieściach i w albumach. Zakup to efekt zaufania, a może uwiedzenia. Impuls. Uff, więc otworzyłem się. I prawie sprzedałem.

Dodaj komentarz

Close Menu
×

Koszyk